MIKOŁAJCZYK SĄSIAD MÓJ (spowiedź kolekcjonera). Jan St.Trzos de Sagorza.

Posiadać w kolekcji Kossaka było i nadal jest wielkim sukcesem.Dzieła sztuki w PRL można było nabyć jedynie w firmie DESA.  W Opolu powojennym jedyna desa znajdowała się na rogu ulicy Krakowskiej i 1-go Maja. Pewnego razu kierownik desy pani Niedźwiedzka wystawiła w oknie obraz Wojciecha Kossaka „Ułan na koniu” Kręciłem się przed obrazem niczym kot koło śmietany.  Zdobyłem  jednak środki na akwarelę   i z wielką satysfakcję ułana w czapce generalskiej na koniu zawiesiłem w mieszkaniu na honorowym miejscu.

.

Pewnego razu wstąpił  do mnie sąsiad z    pierwszego piętra pan Henryk Mikołajczyk. Z premierem RP na uchodźctwie Stanisławem Mikołajczykiem mojego sąsiada nie łączyło nic, prócz nazwiska. Sąsiad  spojrzał na mojego generała na koniu i bez zastanawiania  wypalił w moją stronę:

-To ja jestem na tym koniu! To mój portret!

DSCF0692

DSCF0694

. Zamarłem na chwilę. Nie wiedziałem jak zareagować. Zaprzeczyć i wyjaśnić, że to co mówi jest niemożliwe, albo się uśmiać i sprawę zignorować.  Bałem się urazić sąsiada.

 

Starsze bezdzietne małżeństwo Mikołajczyków cieszylo się szcunkiem i poważaniem współmieszkańców przy Dambonia 135.. Nie byli osadnikami z kresów, ale przymusowymi robotnikami, wywiezionymi z Warszawy w czasie wojny na roboty do Niemiec.Pracowali u bogatego bauera koło Nysy. Po wojnie pobrali się i zamieszkali w  Opolu.

 

Wielu znajomych i sąsiadów łączyło opolskich Mikołajczyków z byłym premierem RP na uchdźstwie Stanisławem Mikołajczykiem. Po wojnie Stanisław Mikołajczyk odważył się powrócić do Warszawy, wesprzeć ludowców i objąć stanowisko wicepremiera. Jednak  w roku 1947, lękając się o własne życie potajemnie wyjechał z Polski.  Opolski Mikołajczyk ze względu na nazwisko był nachodzony i ciągany przez cywilów z UB.. Bał się  agresywnych i męczących przesłuchań. Przesłuchania trwały po kilka godzin. Dociekano, czy  jest krewnym premiera, i czy nie ukrywał go i nie pomagał w organizowaniu ucieczki. Tamte czasy i przesłuchania dawno minęły. Mikołajczyków w Warszawie i okolicach przed wojną było sporo, ale premier z tamtych okolić nie wywodził się. Działacz ruchu ludowego, przywódca antykomunistycznej opozycji Stanisław Mikołajczyk urodził się w 1901 roku w Westfalii.

Sprawa Mikołajczyka na koniu w mundurza generalskim jednak nie dawała mi spokoju . Moja Elżbieta poradziła , bym przestał się zamartwiać i zaprosił go na kielicha:

-Niech  po prostu opowie, czemu uważa, że jest to jego wizerunek.  Potraktuj jego opowieść na serio, – podsumowała radę.

Tak uczyniłem. Potwierdziła się stara literacka prawda, że w każdym z nas można doszukać się materiału na opowieść, albo inną małą formę epicką. Wątek generała na koniu zajmował mnie bardzo.. Tym bardziej, że tyczył mojego obrazka. Oto opowieść Mikołajczyka:

Tuż przed rozpoczęciem wojny zmobilizowany warszawiak Henryk Mikołajczyk trafił do III Okręgu Korpusu Piechoty na wschodnich rubieżach Polski. Dowódcą Okręgu IX Korpusu w Brześciu nad Bugiem w latach 1936-1939 był generał Franciszek Kleeberg. Dowódcą zaś 5.pułku strzelców konnych Podolskiej Brygady Kawalerii w latach 1930-1939 był brat generała  Franciszka, też generał – Juliusz Kleeberg. Mikołajczyk został  ordynansem jednego z nich.  W tamtej rozmowie z sąsiadem nie ustaliłem o którym generale rozmawiamy. Obydwaj generałowie przecież służyli na kresach. Ja jednak nie mialem wtedy wiedzy o dwóch generałach Kleebergach i nie mogłem wówczas ustalić u ktorego z nich służył Henryk Mikołajczyk. Jego obowiązki, jak zrozumiałem, były: wynieść, przynieść, pozamiatać. Chodziło jednak o generała na koniu. Kiedy odbywały się ćwiczenia wojskowe, albo symulacje wojenne, generał siadał na konia i z daleka obserwował ćwiczenia wojenne swoich oficerów i żołnierzy. Jego postać w generalskim mundurze dyscyplinowała uczestników ćwiczeń i wymuszała na żołnierzach maksymalnego wysiłku. Kiedy jednak jeździec w mundurze generalskim znikał z pola widzenia,  dyscyplina luzowała się , a działania wojenne były pozorowane, markowane.  Generał Kleeberg wiedział o tym. Jednak nie mógł nieustająco stać nad żołnierzami i nadzorować ćwiczenia. Tu, w tym miejscu, pojawia sie postać naszego Henryka Mikołajczyka. Henryk wzrostem i sylwetką podobny był do generała. To podobieństwo przyczyniło się do pewnego pomysłu, na jaki wpadł nasz generał. Kazał ordynansowi nałożyć mundur generalski, pooglądał go na wszystkie strony, posadził na generalskiego konia i wysłał w teren. Zadaniem ordynansa było krążyć w określonej odległości od terenu wojskowych ćwiczeń i udawać prawdziwego generała, który nadzoruje działania wojenne. Mistyfikacja udała się nadzwyczajnie. Trwało to dość długo. Sprawiało naszemu ordynansowi wielką radość i satysfakcję. Pamięć o tamtych ćwiczeniach utrwaliła się Mikołajczykowi na całe życie. Nikomu z krewnych i znajomych nie opowiadał o swoich z generałem przygodach. Teraz, kiedy zobaczył moją akwarelę, odruchowo zareagował i postanowił  podzielić ze mną długo ukrywaną swoją tajemnicą. Stąd jego reakcja na mojego generała na koniu na akwareli Jerzego Kossaka.

– Tak wtedy wyglądałem! Byłem przez prawie dwa tygodnie generałem na niby i nikt z oficerów i żołnierzy o tym się nie dowiedział.- potwierdził dumnie i z satysfakcją mój sąsiad.

Byłem tą opowieścią poruszony. Nie oskarżałem go o zmyślanie. Poznałem odrobinę prawdziwej historii w wydaniu komediowym. Nosiłem się z tym tematem przez długie dziesięciolecia. Może by tę historię utrwalić , opisać? Miałem już   wiedzę o obrazku Kossaka , jednak nie usiłowałem wytłumaczyć Mikołajczykowi, że to nie on jest utrwalony na akwareli i że nawet sportretowany na akwareli  ułan nie jest generałem Kleebergiem. Jerzy Kossak w roku 1949 sportretował na akwareli innego generała – błękitnego Józefa Hallera, dowódcę 2 Brygady Legionów Polskich i utworzonego na Ukrainie 2 Korpusu Polskiego. Postać na obrazku można porównać ze zdjęciami generała Hallera. Obydwaj, albo wszyscy trzej generałowie Franciszek Kleeberg, Juliusz Kleberg i Józef Haller byli z pochodzenia Niemcami. Służyli w czasie I Wojny Światowej w wojsku austriackim. W trudnych czasach organizowania Republiki Polskiej opowiedzieli się po stronie polskiej i wnieśli ogromny wysiłek, wiedzę wojskową i poświęcenie w budowaniu nowopowstającego Państwa Polskiego.

Mikołajczykowie z Opola, sąsiedzi moi, trwali w spokoju i pomyślności powojennej w wygodnym M2 na Damboniowie. Pani Mikołajczykowa przez rok opiekowała się naszym Bartkiem. Kiedy opuszczaliśmy Damboniowo, przeprowadzając się na Wrocławską, do drzwi zapukała pani Mikołajczykowa.

– Panie Janie, pan zbiera starocie, no nie? Chciałabym panu podarować na pamiątkę od nas starą filiżankę, którą dostałam od mojej gospodyni spod Nysy. Przyjmie pan?- zapytała niepewnie.

Wiedziałem, co trzyma w ręku. Ręcznie zdobiona sygnowana pamiątkowa filiżanka firmy Tiefenfurt z orłem piastowskim na denku , z kolorowym rysunkiem dziewczynki i napisem „Der lieben Tochter”. Spodeczek z napisem „St.Annaberg” był z innego kompletu. Zachowałem te pamiątki.

DSCF0698

Odjechaliśmy z Damboniowa. Kontakty sie urwały. Sąsiadka Mikołajczyków, pani Błachowa, kiedyś przy przypadkowym spotkaniu powiadomila mnie, że pani Mikołajczykowa została pochowana. Miała problemy z krążeniem i pewnego razu, kiedy mąż był na działce, zasłabła. Starczyło jej sił, by wałkiem do ciasta zastukać w ścianę, za którą mieszkała pani Błachowa. Wezwano pogotowie i zabrano pani Mikołajczykową do szpitala. Kiedy Mikołajczyk powrócił z działki, powiadomiono go  o zgonie żony. Bardzo rozpaczał.

– Ja bym ją uratował, gdybym był przy niej,- powiedział rozżalony,- tylko ja wiem ,jak ją w takich wypadkach trzeba było ratować,- i rozpłakał się.I ja cichaczem uroniłem łez kilka.

Ordynans generała Kleeberga został sam w mieszkaniu. Odszedł , dołączył do małżonki po kilku latach. Mikołajczykowie żyją , póki pamięć o nich trwa.Pamiętam o nich. Może moja opowiastka o  wojskowej przygodzie Mikołajczyka, o jego udawaniu generała tę pamięć  wydłuży, utrwali ?!

Jan St.Trzos de Sagorza

 

Comments Off on MIKOŁAJCZYK SĄSIAD MÓJ (spowiedź kolekcjonera). Jan St.Trzos de Sagorza.

Filed under S.O.S.

HISTORIA KAROLINKI Z GOGOLINA. Jan St.Trzos de Sagorza.

Niezwykła historia z opolską Karolinką z Gogolina. W ostatnich latach po raz który ukazują się artykuły próbujący wyjaśnić genezę tej pięknej ludowej piosenki, wywodzącej się ze Śląska Opolskiego. Temat poruszany jest przez prasę centralną (Gazeta Wyborcza), kolorowe tygodniki (Życie na gorąco, 24.07.2014 r.), NTO,18.09.2009 r. i pomniejszych czasopismach regionalnych. Ciekawe i budzące sensacje są jednak różnice w wyjaśnianiu okoliczności powstania piosenki i bohaterów w niej występujących. Redaktor z Katowic kilkanaście miesięcy temu odważnie zaprezentował tekst, w którym ostatecznie i zdecydowanie utwierdzał czytelników, ze piosenka nie jest żadnym zabytkiem folklorystycznym, tylko wytworem artystycznym dwóch górnośląskich twórców: kierownika zespołu folklorystycznego „Śląsk” Stanisława Hadyna – muzyka, a słowa śląskiego poety i autora tekstów piosenek Zdzisława Pyzika z Katowic.
Najdziwniejszym i sensacyjnym jednak tekstem o powstaniu piosenki i jej bohaterach jest artykuł, który ukazał się 24 lipca w tygodniku „Życie na gorąca” , pt. „Prawdziwa historia Karolinki…”. Opowieść ilustrowana jest licznymi fotografiami, z podaniem imion i nazwisk krewnych i przodków Karolinki i Karliczka. Zacytuję kilka słów z tekstu: „.. mało kto wie, że jej bohaterowie nie są wytworem wyobraźni anonimowego autora. Oni byli ludźmi z krwi i kości.-Karolinka, czyli Karolina Kleinert, z domu Karliczek, spoczywa na starym cmentarzu husyckim w Bzinicy Nowej na Opolszczyźnie”
Niech mi wybaczą autorzy tego tekstu, ale historia ta, którą prezentują redakcji „Życia” jest zmyślona i powstała z całą pewnością już w wieku XXI, po wizycie prawnuczki Karoliny Kleinert w roku 2002 w Niemczech.
Więc słów kilka o Karolinie Kleinert, którą wykreowano na bohaterkę piosenki „Poszła Karolinka do Gogolina”. Legenda ta powstała prawdopodobnie za względu na nazwisko panieńskie Karoliny z domu Karliczek. Karolina Karliczek urodziła się w roku 1884 w Grodźcu. Zmarła w Lublińcu w roku 1933. Nie mogła być w żadnym wypadku prototypem bohaterki Karolinki, która spotkała Karliczka, bowiem piosenka ludowa na wiele dziesiątków lat jest starsza od Karoliny Kleiner.
Tymczasem piosenka o Karolince z Gogolina funkcjonuje w twórczości ludowej od przeszło dwustu lat. Zapisał ją w pierwszej połowie XIX wieku młody lekarz niemiecki Juliusz Roger. To niezwykła i wspaniała postać, która jako pierwsza w romantycznych badania śląskiego folkloru, utrwaliła i zarejestrowała w piśmie ginącą już wówczas śląską pieśń ludową. Juliusz Roger urodził się w Ulm (Niemcy) w roku 1818. Na Górny Śląsk trafił w wieku 29 lat. Został lekarzem rodzinnym raciborskiego księcia Wiktora. Roger jest postacią niezwykłą i genialną, wielce dla Śląska zasłużoną. Jak podaje Piotr Świerc w swojej monografii o Rogerze, „…Roger położył wielkie zasługi w dziedzinie badań przyrodniczych. Był zapalonym entomologiem. Jednak w pamięci śląskiej ludności pozostał jako zbieracz ginącej wówczas śląskiej pieśni ludowej, samorodnej. Język polski opanował w mowie i piśmie do tego stopnia, że dostępne stało się dla niego zbieranie i zapisywanie tekstów śpiewanych przez lud polski piosenek. Chodził od wsi do wsi, od chaty do chaty i spisywał pieśni prawie zapomniane, śpiewane przeważnie przez niewiasty i ludzi spotkanych przygodnie. Śpiewane w czasie obrzędów, uroczystości rodzinnych i dorocznych, przy kołysce i przy pracy.
W swoim krótkim, ale niezwykle aktywnym społecznym i naukowym życiu Roger zebrał 546 pieśni śląskich. Jeszcze za jego życie (zmarł młodo, nagle w wieku 47 lat w roku 1865 w Rudach na Śląsku) ukazał się drukiem zbiór „Pieśni ludu polskiego w Górnym Śląsku”, z muzyką. Książka wydana została we Wrocławiu na dwa lata przed śmiercią Rogera.
W tym zbiorze pieśni ludu śląskiego pod numerami 129 i 131 utrwalony został w druku najstarszy tekst piosenki „Poszła Karolinka do Gogolina”. Był to rok 1863, czyli piosenka w druku ukazała się na wiele lat przed urodzinami Karoliny Kleinert z Grodźca. Sprawa jasna jak dzień słoneczny. Warto jednak sięgnąć po prawdziwą historię tej najwspanialszej i najpopularniejszej opolskiej pieśni ludowej. Zbierając i zapisując polskie piosenki ludowe na Śląsku Juliusz Roger nie był odosobniony. Zbieraniem ludowych piosenek i badaniem folkloru zajmował się redaktor „Gwiazdki Cieszyńskiej”Paweł Stalmach. Ważną rolę w w badaniach etnografii śląskiej odegrał Józef Lompa, który przyjaźnił się z Rogerem i z nim współpracował. Juliusz Roger utrzymywał również bliższe kontakty z poetą niemieckim, zbieraczem pieśni ludowych A.H.Hoffmannem-Fallerslebenem. Warto tu dodać, że Hoffmann-Fallersleben, był profesorem literatury niemieckiej i języka na uniwersytecie we Wrocławiu. To on właśnie jest autorem przedwojennego hymnu niemieckiego Deutsche Lieder, ale dodać tu trzeba, że za ten utwór pozbawiono go w cesarskich Niemczech profesury i zmuszono opuścić Wrocław. Juliusz Roger zjednał sobie tych ludzi. Hoffmann-Fallersleben gościł w Rudach u Rogera, zachęcał go do pogłębiania studiów etnograficznych, włączając do swoich badań również śląskie przysłowia,baśnie, bajki, powiastki i ludowe utwory o treści żartobliwej i szyderczej. Przedwczesna śmierć dra Rogera prawdopodobnie uniemożliwiła mu stworzenie górnośląskiej szkoły etnograficznej.
     Kilka słów o historii samej piosenki. W swoim zbiorze „Pieśni Ludu Polskiego w Górnym Szląsku z muzyką” Roger zamieścił dwie wersje Karolinki. Obie wersje są poprzedzone zapisem melodii. Większość melodii ludowych piosenek śląskich w obecności Rogera zapisywał kapelmistrz z Rud Karol Schmidt. Pierwsza wersja „Karolinki” poprzedzona jest wpisem, że jest wesoła i z p.Rybnickiego i Gliwickiego. Jednak w pierwszych dwóch zwrotkach zaznaczono, że Karolinka poszła do Bogumina (Oderberg), t.j. obecnego Bohumina, co świadczy, że pieśń ludowa o Karolince była popularna też w końcówce XVII w. i początkach XIX po stronie czeskiej. Dopiero w drugiej wersji Roger podaje, że Karolinka szła jednak do Gogolina, zaznaczając na wstępie słowami  …”z p. Opolskiego”.
    Jasność powstania piosenki mąci jednak zapis tekstu „Poszła Karolinka do Gogolina” w NTO sprzed kilku lat. Niepodpisany autor tekstu podaje w nagłówku, że autorami piosenki są: słowa – Z.Pyzik, muzyka – S.Hadyna.  Czy wymienione osoby Przywłaszczyły sobie prawa autorskie? Czy jest to plagiat. Nie! Tak daleko nie pragnę się posunąć. Jednak trzeba podkreślić zasługi obydwu panów. To oni obydwaj przyczynili się do popularności tej przepięknej piosenki i na zawsze utrwalili pamięć o niej. S.Hadyna jako dyrygent i współtwórca zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk” i Z.Pyzik, który tekst skrócił i przerobił literacko.
      Resumując, można postawić pytanie, czy tego typu zabiegi wokół Karolinki szkodzą ludowej piosence? Czy powstające mity i legendy na jej temat obniżają jej popularność i wartość artystyczną. Nic podobnego! Tego typu działania tworzą wokół najpopularniejszej opolskiej piosenki ludowej sferę okołokarolinkową literacką. Nowe interpretacje pochodzenia  piosenki, poszukiwania i przywoływanie „autentycznych bohaterów” dodają Karolince wiele barw i świadczy o niegasnącym zainteresowaniem przygody Karolinki i Karliczka. Piosenkę tę można porównać do kolorowego śląskiego stroju regionalnego, który ktoś za strony cięgle przyozdabia barwnymi kwiatami, tworząc nowe mity i legendy na jej temat, wysyłając pod jej adresem szczęśliwe laurki. Szkoda jednak, że autor pomnika Karolinki i Karliczka w Gogolinie pozbawił Karliczka bardzo ważnego atrybutu, który w piosence jest wyeksponowany -flaszeczki wina. Autor pomnika artysta-rzeźbiarz Tadeusz Wencel mieszka w Opolu i nadal jest artystycznie aktywny. Więc czemu by się do niego, póki czas, nie zwrócić i nie poprosić, by swój błąd naprawił i włożył Karliczkowi do prawej ręki flaszeczki z winem. Ponadto można byłoby pomnik w Gogolinie popatynować metodą jaką pokryto opolski pomnik panny na byku. Bowiem biały kolor pomnika Karolinki i Karliczka robi wrażenie, jakby ulepiono go z gipsu, który lada dzień rozpłynie się pod wpływem warunków atmosferycznych.
                                                                     Jan St.Trzos de Sagorza                    Opole. 24.10.2014 r.

Comments Off on HISTORIA KAROLINKI Z GOGOLINA. Jan St.Trzos de Sagorza.

Filed under S.O.S.

Profesor Eugenia Kucharska na Śląsku Opolskim. Jan Trzos de Sagorza

Prof.Eugenia Kucharska  była kobietą mądrą i piękną. Walory te (estetyczny i intelektualny) zdaniem niektórych znakomitych znawców kobiet nie łączą się w parę. Maksym Gorki, znakomity rosyjski pisarz, swego czasu uwikłał się był w spór, czy kobieta piękna może posiadać wysoki iloraz inteligencji. Nie!-twierdził Gorki,- kobieta jest albo piękna, albo mądra. Nie ma kobiet łączących w sobie te obydwie cechy. Chyba, że niektóre kobiety stanowią wyjątek.
A wyjątki, rzecz jasna, podkreślają regułę, jak mawiają uczeni..
Prof. Eugenia Kucharska

Prof. Eugenia Kucharska

Profesor Kucharska Eugenia stanowiła właśnie taki wyjątek. Studia ukończyła w opolskiej WSP w roku 1955 i na tej macierzystej uczelni przeszła przez wszystkie szczeble kariery pracownika naukowo-dydaktycznego. Profesor E.Kucharska zajmowała się badaniem literatury rosyjskiej okresu romantyzmu, zwłaszcza problematyką polsko-rosyjskich związków literackich. Obszarem badań naukowych  pani profesor było literaturoznawstwo i komparatystyka, ze szczególnym uwzględnieniem związków  literackich pomiędzy pisarzami polskimi i rosyjskimi.

     Do najcenniejszych pozycji naukowych prof. E.Kucharskiej należą wydane na WSP w Opolu publikacje: „Rosyjska powieść historyczna” – 1976 r., „Literatura polska w Rosji w latach 1830-1848”- rok 1967 i wydana we Wrocławiu w roku 1974 „Działalność slawistyczna Piotra Dubrowskiego”. Dziekan Wydziału Filologiczno-Historycznego prof. Feliks Pluta o działalności naukowej prof.Eugenii
Kucharskiej wydał następującą opinię:”…jest wybitnym nauczycielem akademickim, …posiada rozległe kontakty naukowe z uznanymi instytucjami i ośrodkami naukowymi w kraju i zagranicą,
w szczególności z Komitetem Słowianoznawstwa i Radą Naukową PAN. Stale poszerza swój dorobek naukowy”.
W świecie nauki liczy się przede wszystkim dorobek naukowy. Jednak nie
ilość publikacji, ale jakość. Najcenniejsze są jednak naukowe odkrycia i postawa poszukiwań prawd nieodkrytych, nieobjawionych. Właśnie w tej dziedzinie prof.Kucharska pracując na uczelni opolskiej, dokonała dla Śląska Opolskiego niezwykłego odkrycia. W końcówce lat 60-tych XX wieku, szperając w Archiwum Literatury i Sztuki w Moskwie, natrafiła na rękopis oznaczone numerem 436, który dotyczył badań slawistycznych naszego opolskiego regionu. Rękopis zawierał notatki młodego początkującego rosyjskiego etnografa, folklorysty i językoznawcy I.I.Sriezniewskiego, który w latach 1839-42  odbył trzyletnią  podróż po krajach słowiańskich. Badania młodego uczonego nieopublikowane przeleżały całe 130 lat. W Polsce i na Śląsku z pracami Sriezniewskiego zapoznano się dopiero dzięki staraniom prof.E.Kucharskiej. Pomoc w wydaniu i analizę naukową tekstu, który został przez panią profesor przetłumaczony na polski język, okazali znakomici polscy naukowcy prof.S.Rospond i prof.A.Nasz. Po raz pierwszy badania tyczące Śląska w formie książki „Wieś śląska w 1840 r.” za sprawą opolskich uczonych ujrzały światło dzienne.  Pani prof.Dorota Simonides w roku 1974 tak oceniła pracę E.Kucharskiej: „Obserwacje Sriezniewskiego dotyczące Opolszczyzny lat 1840 są znakomitym i gruntownie udokumentowanym źródłem obrazy wsi śląskiej. …czynią z jego relacji dokument niezmiernie ważny zarówno dla historyków,etnografów jak i językoznawców”.Trzeba dodać, że w tamtych latach 70-80 opolska WSP należała do jednych z najznakomitszych w kraju wyższych szkół pedagogicznych. Można by śmiało powiedzieć, że była najlepiej zorganizowaną uczelnią wyższą nieuniwersytecką. Ze znakomitą kadrą uczonych i dorobkiem naukowym. Okres tamtej opolskiej prosperity można śmiało nazwać ZŁOTĄ EPOKĄ w dziejach Uniwersytetu Opolskiego. Publikacja książki E.Kucharskiej wespół z prof.S.Rospondem iA.Naszem utrwali i wzbogaci po wsze czasy wiedzę o strojach ludu śląskiego, jego obyczajów i gościnność i teksty piosenek śpiewanych gwarą śląską w pierwszej połowie XIX wieku. Oto przykład wybranych przez Prof. E.Kuchaską piosenek z tamtego okresu:
1.Już mnie na wojnę werbują, konia mi gotują. Oj gotują …
2.Moja mamulicko! Kiebyście wiedzieli,
  Prędko byście, prędko ze mnie zięcia mieli…
3.Na koniczka siednę, druchnę ukradnę…
  i cóż mi zrobicie, choć mnie dogonicie.
4.Przepióreczka na stodole siedzi,
   Przepióreczka na stodole śpiewa  …
5.Pójdę rządem, pójdę rządem po drodze daleko,
  Magdalenka słała miękko, spać mi nie lekko.
6.Oj,gorzała a zgasła moja świeca jasna,
  Czekałach, czekałach, miłego do rana.
Do rana czekała, nad ranem zasnęła.
  Kiedych spała, we śnie miłego widziała
 7.Kalina, malina – czerwona jagoda.
   Straciłach wianeczek, dziewczynka nieboga.
Straciłach wianeczek pod zieloną miedzą
   Ni tatulek, ni mamulka, ni ludzie nie wiedzą.
 8.Zaprzęgajcie konie gniade,
   k mojej dziołce ja pojadę.
 9.Pukałach, pukała, wedne okno w nocy,
   Przepłakałach horko jasne modre oczy.
Lista śląskich piosenek z pierwszej połowy XIX wieku, zanotowanych przez I.Sriezniewskiego, jest długa i piękna i poruszająca. Ciekawą sprawą  była by wiedza, czy w repertuarze współczesnym opolskich zespołów folklorystycznych znajdują się piosenki ,zarejestrowane przez rosyjskiego etnografa i folklorystę. Mógłbym uwspółcześnioną wersję tekstów piosenek starych opolskich zredagować i przekazać któremuś z ambitnych zespołów folklorystycznych opolskich..Zapewne brzmiały by pięknie i wzruszająco. Byłby to jeden z większych praktycznych sukcesów naukowych pani prof. E.Kucharskiej, której należy się szacunek i pamięć za jej niezwykły wkład w badania, poświęcone opolskiemu folklorowi.
 Prof.Eugenia Kucharska na początku lat 80-tych przeniosła się do Szczecina, by wzmocnić tam kadrę uczonych, starających się o powołanie Uniwersytetu Szczecińskiego.Pełniła w nowo powołanym Uniwersytecie funkcję prorektora.
Kierowała również Zakładem Slawistyki w Wyższej Szkole Humanistycznej w Łowiczu.
Własne doświadczenia życiowe, z trudnym i sponiewieranym dzieciństwem ( w wieku 6-ciu lat z pięciorgiem rodzeństwa i rodzicami wywieziono na Syberię), opisała w opublikowanych wspomnieniach „obrazki z Sybiru”. Pani prof.E.Kucharska zmarła przedwcześnie w wieku siedemdziesięciu lat w roku 2003. Pochowana jest na Powązkach Wojskowych w Warszawie.
                                                   Jan Trzos

Comments Off on Profesor Eugenia Kucharska na Śląsku Opolskim. Jan Trzos de Sagorza

Filed under S.O.S.

SZAŁ KRESOWEJ LIPY. Jan St.Trzos de Sagorza.

Kresowiacy opolscy zorganizowali kolejną imprezę gloryfikującą kulturowe i społeczne zdobycze i osiągnięcia ich potomków. Tym razem w MŚO w Opolu odbyła się prezentacja zdjęć i dokumentów z lat 1920-1949. Wystawę poprzedziła część artystyczna, w której udział wzięli znakomitej klasy artyści profesjonalni. Podczas wykonywania solo na klarnecie melodii lwowskich sprzed wojny, zebrani na sali zaczęli chóralnie uzupełniać muzykę śpiewem. Wrażenie było zjawiskowe i radosne. Jeden tylko facet siedział zdumiony i zdegustowany. Nie imprezą jednak i wysokim profesjonalnym kunsztem występujących artystów. Dręczyły go problemy innej natury. Jak to się dzieje, że w ostatnich latach w całym niemal kraju, w rozmaitych lokalnych i centralnych mass mediach poruszane są tematy kresowe. Wychwalane są kulturowe zdobycze tamtych środowisk twórczych. Opisywane są tragiczne dzieje wojenne kresowiaków i losy ich rodzin zamieszkujących obecnie na Śląsku. Kreślone są postacie znakomitych patriotów i ich męczeńską przeszłość. Wydawane są książki, albumy, filmy dokumentalne, wystawy malarskie i sesje historyczne, poświęcone Kresom. Co rusz organizowane są spotkania z ludźmi, którzy w śpiewnym i rzewnym tonie kreślą niebywale fantastyczny, radosny i doskonały, ale na zawsze stracony świat kresowej idylli. Na każdym kroku stawiane są kamienie pamiątkowe i tablice ścienne na budynkach urzędów miejskich i wnętrzach kościelnych, upamiętniające wypędzenie, poniewierkę i stratę ojcowizny. I wszyscy bez wyjątku uczestnicy tych imprez są elegancko ubrani, syci i szczęśliwi z doskonałym wykształceniem i dobrze wychowanym potomstwem. Tan zdegustowany facet nie może jednak zrozumieć, czemu oni, nie raz już w trzecim pokoleniu potomni starych kresowiaków, rozpamiętywują i rozpływają się na samą myśl o wspaniałym minionym świecie przeszłości.Przecież widać po nich, że osiągnęli sukces życiowy. Że tu na Śląsku zbudowali sobie świat prywatny doskonały. Że nie mieszkają w kurnych chatach, ale w domach wybudowanych z cegły. Że te nasze śląskie miasteczka i uzdrowiska są jak z bajki – piękne i urokliwe. To ziemia nam przesiedleńcom bogiem obiecana jest darem wspaniałym, nie porównywalnym z żadnym wyimaginowanym krajem kresowym. Świat tamten odszedł już na zawsze. Ale co tu kryć. Tamten utracony raj nie był wcale taki doskonały (żeby nie powiedzieć – był piekłem). Nikt nie che pamiętać, że był to obszar przez wieki pełen ubóstwa, nędzy i poniewierki. Że warunki bytowe na Kresach graniczyły często z taką nędzą i biedą, jakiej nigdy nie zaznały ludy mieszkające przez wieki na Śląsku. Mój dobry znajomy, znakomity malarz-prymitywista Jan z Dambonia, wspomina, że w obszarach polskich wokół Wilna przed wojną bardzo dużo Polaków mieszkało w kurnych chatach. Niesamowita sprawa, ale on to pamięta i zapewnia, że mówi prawdę. Więc za czym tęsknicie drodzy Kresowiacy?! Chcecie leczyć swoje kompleksy nikczemnej egzystencji kresowej, śpiewając hymny pochwalne dziejom, które jak najrychlej trzeba z pamięci usunąć. Wasze tego typu wystąpienia gloryfikujący Kresy tu na wspaniałym Śląsku, który Was utulił i stworzył warunki, byście byli syci, zdrowi, pięknie ubrani i butni, szanowani i mieszkali w pięknych domach i gospodarstwach, są bluźnierstwem i niewdzięcznością skierowaną w stronę nowej ojczyzny. Chcecie podkreślić, ze co? Że te wasze ukochane i utracone Kresy były i są nadal fajniejsze i doskonalsze niż wasza nowa ojczyzna? Że takie wasze nieustające pojękiwanie o czymś, co nie jest nawet zwykłej bułki z masłem, że jest stratą niepowetowaną, a ziemia śląska tych strat Wam nie zrekompensowała, że nie może dorównać utraconemu na wschodzie. Więc na tym koncercie cała sala w takt muzyki śpiewała „Umówiłem się z nią…” i wyglądało to fajnie, bo jednak .. cała sała! I fakt ten (cała sala) zmartwił tego zdegustowanego faceta. Czemu? A temu, że było to słyszalnie potwierdzenie, że na sali, na imprezie nie ma Ślązaków. Że są tam jedynie sami Kresowiacy, albo nawet nie Kresowiacy, ale w trzecim już pokoleniu ich potomkowie. Trzecie pokolenie, które nie integruje się ze Śląskiem! Które wbrew zdrowemu rozsądkowi utożsamia się z Kresami! Czemu tak postępują, tak bezkrytycznie i bezwolnie kroczą drogą swoich kresowych przodków? Czemu nie posiadają świadomości ,że są już z urodzenia Ślązakami. Ta piękna ZIEMIA ŚLĄSKA takie prawo im dała! Najwyższy już czas, by zapomnieć już o tych kresowych bzdetach! Bo ten sfrustrowany facet na imprezie odbiera te wszystkie poczynania gloryfikujące Kresy jako policzek,wymierzony Śląskowi. Taki medialny wrzask i organizacyjny i publikacyjny wymierzony jest w stronę dezintegrującą mieszkańców Śląska. Utrwalający wpadający już w zapomnienie podział na Hanysów i Chaziajów. Nie są podejmowane zwłaszcza przez ludzi kultury i nauki działania by przesiedleńców i rdzennych Ślązaków połączyć wreszcie w jedno zmodyfikowane plemię. Nie da się wymierzyć jakie ogromne straty w integrowaniu Kresowiaków i Ślązaków dokonują publikacje i książki, jednego z najbardziej znanych apologetów kresowych, opolskiego uczonego rektora uniwersytetu. Wychwalając Kresy chwalcy podświadomie podkreślają ,że przesiedlenie pokaleczyło im życie i skazało ich wszystkich na bytowanie w krainie daleko innej i gorszej od straconych wyśnionych Kresów, które pragną odzyskać. Kto w końcu ma się zatroszczyć na Śląsku Opolskim o tworzenie jednej opartej na zgodzie i pojednaniu zintegrowanej społeczności śląskiej. Kto z polityków zadba, by po 70-ciu latach kresowiacy stali się wreszcie nowymi Ślazakami. By zapomnieli na zawsze o swoich kresowych korzeniach i zjednoczyli się z miejscowymi w jedno wielkie  plemię Ślązaków, pełnych dumy i godności ze swojego pochodzenia. Frustrat sądzi, że wszystkie działania gloryfikujące zapóźnione cywilizacyjnie  przed wojną i po wojnie Kresy, takim jednoczącym tendencjom i wysiłkom szkodzą. I jest to szkoda wielka i niepowetowana.Tym sfrustrowanym facetem byłem ja – Jan St.Trzos de Sagorza, Ślązak urodzony na Kresach, ale to nie jego wina. Opole, 28.10.2013 r. Jan St.Trzos de Sagorza

Comments Off on SZAŁ KRESOWEJ LIPY. Jan St.Trzos de Sagorza.

Filed under S.O.S.

Szczupak zagłuszony

Jeszcze nie przebrzmiały salwy armatnie goniące cofających się z Pokucia wojsk niemieckich, a życie codzienne zaczęło powracać do normy. Siostry stawały się okazałymi pannami , a my obydwaj z bratem zaczęliśmy postrzegać, jak wokół nich kręci się co raz więcej adoratorów. Zalecający się do siostry i często składający w naszym domu wizyty Kazik Straszewski zawsze zaskakiwał nas jakimiś dziwnymi i oryginalnymi przedmiotami i pomysłami. Pewnego razu przyniósł pokazać nam laskę żółtego dynamitu (może był to trotyl – nie wiem?). Wiedzieliśmy, że jest to groźny przedmiot, ale nie mieliśmy pojęcia, do czego jest mu potrzebny. Kazik umiał zamącić naszą dziecięcą wyobraźnię, ale Czesi jego metody pozyskiwania względów nie odpowiadały i, podejrzewam teraz po latach, że on jej po prostu jako absztyfikant nie odpowiadał. Kazik przyjeżdżał zalecać się na fantastycznym rowerze z siodełkiem z pianki poliuretanowej, przedmiotem na tamte czasy porównywalnym obecnie do samochodu i świadczącym o zamożności i jego wysokiej pozycji w stosunku do innych rywali. Myśmy z Bobem (moim bratem) tę piankę pod jego nieobecność obskubywali, aż wreszcie, wystraszeni, że oskubiemy ją aż do sprężyn i zniszczymy siodło, skubania zaprzestali. Aż pewnego razu Kazik Straszewski zjawił się przed Czesią na motocyklu. Wyobrażacie sobie ! Na własnym motocyklu! Jeszcze nie przebrzmiały w Berlinie w Reichstagu ostatnie salwy karabinowe , a on tak bezczelnie i arogancko obnosił się ze swoim majątkiem? Jak to było możliwe? Do tej pory nie umiem zrozumieć tej zuchwałej postawy dzielnego Kazika. Jeszcze teraz zastanawiam się, jak udało mu się uchronić i ocalić te wspaniałe przedmioty przed rabunkiem miejskich złodziejaszków, a zwłaszcza przed rekwirowaniem takich technicznych trofeów przez nową wojskową tymczasową administrację Czerwonej Armii. Kiedy podoficer lotnictwa sowieckiego Mikołaj Szapowałow zaczął zalecać się do starszej siostry Bronki i chciwie spoglądać w stronę kazikowego motocykla, Czesia ostrzegła Kazika przed niebezpieczeństwem. Przed ewentualnym zaborem jego mienia i unicestwienia jego samego. My też ostrzegliśmy lubionego i podziwianego kawalera Czesi, by go uchronić przed zagrożeniem, jakie mu groziło, a nawet, jak nam się wydawało, przed śmiercią. Kazik Straszewski tylko lekceważąco machnął ręką i do nas, chłopaków, pod nieobecność siostry powiedział: „Ja się go wcale nie boję! Patrzcie, czym się przed nim obronie i co tu mam!”- powiedział i wskazał na swoje, wypchane bardzo jakimiś tajemniczymi przedmiotami, kieszenie. „W jednej kieszeni mam sól, a w drugiej długi niemiecki kindżał”- dodał zuchwale. Byliśmy bardzo zdziwieni takim jego uzbrojeniem i poprosiliśmy ,by się wytłumaczył do czego to mu ma służyć. „Jeśliby Mikołaj mnie zaatakował, to najpierw sypnę mu solą w oczy, a potem dobiję kindżałem. Zrozumieliście, głąby?” – wyjaśnił z takim twardym przekonaniem i postanowieniem, żeśmy się wystraszyli. Przytaknęliśmy, a jakże. No, ale też szkoda nam było podoficera sowieckiego, bo był, jak nam się wydawało bohaterem wojennym i miał na piersiach srebrne odznaczenia wojskowe. Wiedzieliśmy też, że w bitwie nad Gliwicami jego samolot został ostrzelany, a on sam został odłamkiem pocisku ciężko ranny w pierś. Lekarze uratowali mu życie, ale z „oskołkiem”, który utkwił mu pod sercem poradzić sobie nie umieli. Rosjanin męczył się z tym odłamkiem do końca życia i zmarł przedwcześnie w wieku 66 lat, w roku 1988. Pochowany w Opolu. Zagrożenie konfliktu jakoś samoczynnie się rozładowało, ale trzeba przyznać ,że Kazik Straszewski stał się ostrożniejszy i przestał się afiszować swoją majętnością przed zubożałymi po wojnie mieszkańcami grodu i przybywającymi w co raz większej ilości na Kresy rosyjskimi osadnikami. W moich zbiorach zachowało się zdjęcie siostry, utrwalone w roku 1945 razem z Kazikiem Straszewskim i jego wspaniałym motocyklem. Zdaje się, że motocykl Kazika i jego rodzina pomyślnie przetrwali przesiedleńczą wędrówkę z Kresów na Śląsk i wespół -zespół dotarli szczęśliwie do Zgorzelca. Jednak wróćmy do laski dynamitu (czy trotylu), o której wspomniałem na wstępie.
No, pomyśleliśmy obydwaj, chce niechybnie tym dynamitem, czy trotylem rozwalić Mikołaja w strzępy. Ale jak on to zorganizuje? Czy my będziemy musieli mu w tym pomóc? Mikołaj chodził w wojskowym mundurze lotnika z niebieskimi pagonami i przytroczonym do pasa pistoletem. Pewnego razu, kiedy ze swoim kolegą też lotnikiem zanocowali u nas, bo bali się wracać do koszar w ciemnościach, by ich nie ustrzelili, mama pościeliła im w łóżku. My z Czesią musieli spać na podłodze. Siostra w środku, ja od ściany, a Bob od strony zewnętrznej. W środku nocy nagle wszystkich w domu obudził strzał z broni palnej. Wszyscy w domu zerwali się na nogi w obawie, że rozpoczyna się nocna bitwa. Ale okazało się, że Mikołaj kładąc się spać, w ciemnościach odbezpieczył pistolet i wsunął go przy głowie pod poduszkę. Pistolet w nocy wysunął się spod poduszki i spadł obok Boba na podłogę. Kula spadającego lufą w stronę podłogi odłupując

kawał deski weszła głęboko w drewno w kilku centymetrach od głowy brata. Staliśmy wszyscy wystraszeni i przerażeni , a najbardziej Mikołaj. Tragedia minęła tej nocy nasz dom o kilka centymetrów. Kiedy więc zobaczyliśmy po kilku dniach żółtą laskę materiału wybuchowego w rękach Kazika, byliśmy twardo przekonani, że jest to jego sposób na pozbycie się intruza Mikołaja, który terroryzował w jego mniemaniu dom jego narzeczonej. Tym razem byliśmy gotowi wesprzeć go w naiwnej wierze, że takie radykalne rozwiązanie Kazika zapewni nam spokój i przywróci ład w domu. „Co wy gówniarze sobie myślicie, że co, że załatwię Mikołaja?!. O nie. Tym trotylem pójdziemy na Kosaczówkę rybę głuszyć. Zrozumieliście, kaczany kukurydziane
?” – powiedział wesoło i zaśmiał się.
Na wyprawę wyruszyliśmy gromadnie: obie siostry, Bob, ja i uzbrojony w dynamit Kazik Straszewski. Droga była daleka. Rzeczka, a właściwie strumyk czystej źródlanej wody, płynący pod kolejowym mostem można było w niektórych miejscach przyjść w bród. Ale w niektórych miejscach rozlewał się w szerokie rozlewiska na kilkanaście metrów szerokości i głębokości do dwóch metrów. W takich miejscach gromadziła się ryba i tam często można było spotkać wędkarzy. Na miejscu, nad brzegiem Kazik przywiązał do żółtej laski krótki kawałeczek lontu. Nam kazał się cofnąć daleko od wody i położyć się na ziemię i podpalił sznur. Biały słup wody po wybuchu uniósł się do góry i opadł na wzmącone lustro rzeki. Zerwaliśmy się na nogi, żeby zobaczyć dziesiątki pogłuszonych ryb i rozpocząć zbieranie dobytku. Tymczasem woda się uspokoiła, a na powierzchni rzeczki ryb nie było widać. Po kilku minutach zaczęły wypływać małe drobne rybki, nienadające się do smażenia na patelni. Staliśmy wszyscy rozczarowani skutkami głuszenia, a najbardziej nasz bohater Kazik. Nie spodziewał się takiego mizernego skutku swoich myśliwskich poczynań, ale za chwilę uniósł ręce z radości do góry. Na powierzchnię wody wypłynął duży półmetrowy szczupak. Wracaliśmy do domu szczęśliwi z odniesionego sukcesu i złapanego wielkiego szczupaka. Ja go niosłem włożonego do powłoczki z jaśka. Szczupak w tej powłoczce szarpał się i wyginał i wszyscy sobie żartowali, bym uważał, bo on może mnie przez tę powłoczkę ugryźć w plecy. Więc je te swoje plecy chroniłem przed skaleczeniem wyginając pierś do przodu, by szczupak nie sięgnął moich łopatek. Szedłem z nimi i tej ich radości z polowania nie dzieliłem. Byłem raczej smutny, ale teraz po tylu latach mogę stwierdzić śmiało i szczerza, że była to chwila, kiedy po raz pierwszy w mojej szczenięcej świadomości pojawiła się myśl, że nie jesteśmy w porządku. Że taka forma zdobywania pokarmu jest zwykłym barbarzyństwem, że niszczy przyrodę. Może tak głęboko ekologicznie tego nie mogłem analizować, ale przypuszczam, że był to pierwszy samodzielny, przez nikogo nie podpowiedziany sąd własny, pozwalający mi jeśli nie jawnie, to przynajmniej w myślach formułować negatywne dziecięce przekonania i postawę niezgody na to ,co czynią dorośli. To polowanie i Kazika Straszewskiego dlatego zapamiętałem do końca życie, bo utkwiły mi w pamięci te setki pogłuszonych i pozabijanych małych rybek, które nie nadawały się na patelnię, a które wolny prąd strumyka, zabielony od białych brzuchów poprzewracanych i pozabijanych rybek, niósł w dół rzeki, demonstrując niebu nasze barbarzyństwo. Czułem się winny. Emocje ówczesne moje utrwaliły w pamięci tamte przeżycia, którymi chciałem się teraz podzielić z czytelnikiem. Podzielić i się wyspowiadać z wydarzeń , co mi ciążyły przez tyle lat. Opole, 10 X 2013 r.

motor2

„Ułan i dziewczyna” – industrialna wersja kossakowskiego tematu „Ułan na koniu i dziewczyna”. Kazimierz hrabia Straszewski Herbu Radwan na swoim mechanicznym koniu ze swoją dziewczyną Czesią Trzos.

Comments Off on Szczupak zagłuszony

Filed under S.O.S.

Stalin śni mi się po nocach. Jan St.Trzos de Sagorza

Nie zmyślam. Sen taki powtarza się w moich sennych wizjach od dziesięcioleci. Beria wprowadza mnie do pomieszczenia na Kremlu, w którym ucztują najważniejsi palatyni i pretorianie Wielkiego Stalina. Tamci piją, jedzą, tańczą i ze strachem spoglądają półokiem w stronę wodza, czy ten spostrzega ich wiernopoddańcze gesty, spojrzenia, słyszy pochlebstwa i zapewnienia, jak go wszyscy kochają, uwielbiają i że jest postacią genialną, stojącą ponad wszystkimi, że jest Bogiem. Stalin dostrzegł mnie i skierował pytający wzrok w stronę Berii. Tamten groźnie warknął w moją stronę:”Mów!”. I ja, postawiony przed oblicze największego i najwspanialszego na świecie człowieka, zaczynam wodza upewniać, jak strasznie go kocham, jak bardzo jestem mu oddany, że jestem gotowy oddać za niego własne życie i poświęcić dobro własnej rodziny i najbliższych krewnych. I inne podobne do tych gorące zapewnienia. Ale wiem, że Stalin w moje gorące zapewnienia nie wierzy. Spogląda na mnie w milczeniu i świdruje na przestrzał, widząc i wiedząc że kłamię. I ja wiem, że on wie, że ja mataczę . Domyślam się , że za chwilę nie mówiąc ani słowa gestem wskaże Berii by mnie wyprowadził, co oznacza mój tragiczny koniec za progiem. Strzałem w potylicę zostanę rozwalony i będzie po mnie. Więc jeszcze goręcej zapewniam go o swojej miłości do niego i oddaniu. Ale na nic to. Beria bierze mnie za łokieć i kieruje w stronę drzwi. Ale ja jeszcze nie rezygnuję z walki o życie. W potoku moich zapewnień płyną słowa wielkiej wdzięczności i podziękowania, za to, co Stalin uczynił wspaniałego dla moich współrodaków – mieszkańców dawnych Kresów Wschodnich. Do Stalina słowa podziękowań dotarły w ostatniej chwili i gestem ręki rozkazał Berii zawrócić. „Za co mi dziękujesz?- zapytał zdziwiony i trochę rozbawiony Wódz. Złapałem oddech, wstąpiła nadzieja na ocalenie. „Chciałbym podziękować, towarzyszu Stalinie, w imieniu moich rodaków za wspaniały prezent, który od Was otrzymali”. Stalin w milczenie sięga po fajkę i paczkę papierosów Kazbek, rozłupuje papierosy i wydobyty z nich tytoń wbija krzywym palcem do cybucha. Zapala. A ja zbieram myśli. To trwa, a strach mój staje się co raz większy. „Drogi towarzyszu Stalinie, chciałbym podziękować za przewspaniały prezent jaki otrzymali Kresowiacy, których z pana woli przesiedlono na Śląsk. Oni zostali z Pana rozkazu osiedleni na wspaniałych i pięknie zagospodarowanych ziemiach, w samym środku Europy. Ta Pana polityczna decyzja uczyni z nich prawdziwych Europejczyków, dorównujących materialnie i społecznie innym grupom etnicznym i narodom Europy Zachodniej. Staną się z czasem pełnowartościowymi spadkobiercami znakomitej zachodnioeuropejskiej cywilizacji Basenu Morza Sródziemnego.
Stalin udaje, że nie słucha tego ,co mówię i milczy. Więc jego milczenie przyjmuję jako przyzwolenie do kontynuacji moich podziękowań. Więc dalej rozwijam w takim samym kolorycie moje, mające mi przynieść zbawienie fantazje i przekonanie. Mówię do niego, że osobiście jestem tak ogromnie szczęśliwy z jego prezentu i z faktu, że wreszcie mogę na nowej Ojczyźnie zapomnieć o nieszczęściach kresowych i konfliktach narodowościowych. Cieszyć się pięknymi krajobrazami, żyzną i urodzajną ziemią, przyjaźnią i życzliwością jej rdzennych mieszkańców Ślązaków. Mówię i mówię w tym stylu, pełen strachu i beznadziei, z co raz mniejszą szansą na ocalenie. Strach paraliżuje mnie. Nie mogę poruszyć żadnymi członkami mojego ciała, brakuje mi tchu. Wiem i fizycznie czuję,że jest już po mnie. Wielki żal i brak jakiegokolwiek wsparcia wstrzymują mi oddech. Zaczynam się dławić i dusić. Znikąd pomocy i ratunku. I jeszcze ta świadomość upodlenia i poniżenia przed geniuszem. Żadnego honoru i odwagi nie potrafiłem okazać przed wielkim i wspaniałym człowiekiem. Wiedziałem, ze Stalin szanuje ludzi honoru i wspaniałomyślnie umie w ostatniej chwili darować życie skazańcowi. Albo jeśli nawet nie daruje, to okazuje wielki zaszczyt i honor, jak w wypadku
Kirowa, zamordowanego z jego woli, którego podczas pogrzebu ucałował w czoło. Moje cierpienie senne jest tak realistyczne, a reakcja organizmu tak dramatyczna,że czuję to całym swoim jestestwem, że zbliża się koniec. Chcę krzyczeć i wołać o pomoc, prosić o ratunek i darowanie win. Ale mój krzyk i błagalne prośby nie mogą wydostać się z gardła. Duszą mnie. A przecież miałem jeszcze tyle dokonać, wykazać się dobrymi i szlachetnymi uczynkami. Przekonać ludzi do siebie. Że jestem człowiekiem bardzo uczciwym i mądrym jak mało który z moich sąsiadów i znajomych, więc czemu mnie taki los paskudny sięga. Odchodzę z poczuciem wielkiej krzywdy i niesprawiedliwości. I w bólu i męczarni. I wtedy nadchodzi chwila zbawienna…, budzę się oblany zimnym potem. Z wielka zbawienną ulgą i błyskiem intelektualnym: „Jednak to był sen. Makabryczny sen!” Ale świadomość, ze sen ten znowu kiedyś powróci nie lęka mnie. Lubię się bać. Ale niepokoi mnie jednak myśl jedna – co na to powiedział by mój dobry stary przyjaciel, znawca niezwykły i interpretator zmor sennych, wiedeński psychoanalityk profesor Zygmunt Freud?

Comments Off on Stalin śni mi się po nocach. Jan St.Trzos de Sagorza

Filed under S.O.S.

Gasteiger. Jan St.Trzos de Sagorza.

Bezpieka przez kilka powojennych lat deptała mu po piętach. Komendant milicji w Łagowie zaproponował mu tuż po zakończeniu wojny wstąpienie do tworzonej od podstaw w PRL Milicji Obywatelskiej. Nie wyraził zgody będąc przekonanym, że tuż po wojnie do milicji werbowano kryminalistów, dekowników, szabrowników i inny podejrzany element. Widział wokół przestępcze poczynanie, samowolę i bezprawie tych, tak zwanych stróżów praworządności i wstąpić do takiej organizacji było poniżej jego rycerskiej godności. Nie akceptował nowej władzy, ale postanowił zostać lojalnym jej obywatelem. Rozwścieczony komendant w Łagowie kazał mu przekazać, żeby miał się na baczności, bo go załatwi. Rozpoczęło się polowanie. W dorosłe życie wkraczał w kilkunastu kilometrach od miejsca urodzin Edwarda Gierka, w Zawierciu. Wspomniał kiedyś z rozrzewnieniem mecz piłkarski dziewięcio-dziesięcioletnich Zawiercioków z chłopakami spod Będzina, w składzie których szmaciankę kopał Edward Gierek. Wtedy się poznali.Urodził się w czerwonym familoku, tuż obok kościoła parafialnego w Zawierciu w roku 1913. W latach trzydziestych w Zawierciu dostrzeżono młodego silnego zdolnego sportowca, przedwojennego piłkarza Warty Zawiercie i zaproponowano mu wstąpienie do policyjnej szkoły, gdzie będzie mógł zdobyć zawód i zrealizować się jako piłkarz w którymś z gwardyjskich klubów. Przyjęty został do Policyjnej Szkoły w Gródku Jagiellońskim. Po jej ukończeniu podjął obowiązki szeregowego policjanta na Wołyniu. Tam, od chwili rozpoczęcia pracy sport stał się jego z miłością realizowaną pasją w jednej z piłkarskich drużyn. W nagrodę za wzorową postawę i sportowe zaangażowanie wydelegowano młodego policjanta do pełnienia służby porządkowej na uroczystości wręczenia generalnemu inspektorowi sił zbrojnych Polski E. Rydzowi-Śmigłemu w roku 1936 w Warszawie buławy marszałkowskiej. Wrócił podbudowany patriotycznie do służby policyjnej na Wołyniu i tam we wrześniu trzydziestego dziewiątego zaskoczyła go wrześniowa rosyjska ofensywa. Wrogi i agresywny stosunek miejscowej ukraińskiej ludności i zbliżająca się sowiecka nawala ze wschodu zmusiły część załogi pełniącej służbę policyjną na Kresach do podjęcia decyzji – zostać, czy pieszo przedzierać się przez setki kilometrów w głąb kraju. W czwórkę przyjaciół postanowili w przebraniach cywilnych iść na Zachód. Decyzja ta, jak twierdził po latach, uratowała mu życie przed haniebną śmiercią w Katyniu. Dotarł do Iwanisk w Kieleckiem, koło zabytkowego zamku Ujazd i tam jeszcze przed wkroczeniem wojsk niemieckich rozpoczął służbę. Był pierwszym, który z wieży kościelnej w Iwaniskach dostrzegł kolumnę wojsk niemieckich zbliżających się od strony Bodzentyna do Iwanisk. Rozpoczął się podczas okupacji nowy okres w życiu prywatnym i działalności konspiracyjnej z okupantem. W archiwach domowych zachowała się pożółkła kartka papieru, na której dowódca okręgu Łagowskiego kawaler przedwojenny orderu Virtuti Militari Władysław Zieliński poświadcza o przynależności naszego bohatera do III Kieleckiego oddziału konspiracyjnej organizacji Batalionów Chłopskich w charakterze zwiadowcy. Pozostając policjantem w Iwaniskach w czasach wojennych jego podstawowym konspiracyjnym zadaniem było wykonywanie zadań bojowych i dywersyjnych i czuwanie nad moralnością mieszkańców , wzmacniać postawy antyokupacyjne, dbać o porządek i ład społeczności Iwanisk. Łącznikiem z dowódcą okręgu był szwagier naszego bohatera Wincenty Wąchocki, członek leśnej grupy partyzanckiej. Pod koniec wojny w lasach pod miejscowością Kije, w bitwie z Niemcami młody Wąchocki poległ z orężem w rękach. Po bitwie odnaleziono jego ciało w pozycji stojącej, opartej o drzewo z bronią gotową do strzału. Z siostrą Wincentego, Stanisławą Wąchocką (moją teściową) i moim synkiem, półrocznym Tomkiem na rękach, w roku 1968 szukaliśmy w okolicach Kijów miejsce śmierci i pochówku leśnego dzielnego młodego partyzanta. Nadaremnie. Miejscowi wskazywali w przybliżeniu miejsce bitwy i zbiorowej mogiły, ale wszystko trawą i młodniakiem porosło i ślady zatarło. Ta konspiracyjna działalność Henryka Kaczmarzyka, bo tak się nasz bohater nazywał, spowodowała złość władzy ludowej, która zaliczyła żołnierzy Batalionów Chłopskich do wrogów nowego państwa socjalistycznego i rozpoczęła wobec nich na szeroką skalę akcję represyjną. Henryk przez kilka lat skutecznie ukrywał się przed aresztowaniem. Założył rodzinę. Został ojcem córeczki Elżbiety. Dom rodzinny w Łagowie był regularnie i znienacka nachodzony przez milicję, ale koledzy w porę uprzedzali Henia o niebezpieczeństwie. Zapomnienia i ocalenia szukał w możliwości ukrycia się na Ziemiach Zachodnich. Podróż do Kłodzka i Otmętu w poszukiwaniu nowego miejsca zamieszkania i pracy skończyła się fiaskiem. Właściwie nie mógł sobie poradzić bez rodziny, żony i ukochanej córeczki. Wrócił do rodziców, do Zawiercia i tam właśnie dopadli go cywile z UB. Osądzono go na trzy lata i zamknięto w więzieniu najpierw w Sosnowcu, a później przeniesiono do Oławy. Jego czteroletnia córeczka z mamą odwiedzili tatę w Sosnowcu, ale mała Elżunie płakała głośno i bała się podejść do ojca, bo był od niej oddzielony metalową siatką. Kaczmarzyk opuścił więzienie z poczuciem ogromnej krzywdy, która siedziała w nim przez całe życie. Jednak nie złożył rąk. Został hutnikiem, który przez całe pracowite życie dojeżdżał do Huty Łabędy. Zrywał się do pracy w hucie o 4-tej nad ranem, by powrócić do domu późnym wieczorem. Odznaczono go wprawdzie Złotym Krzyżem Zasługi, ale na tak zwany chlebowy Sztandar Pracy nie zgodziła się organizacja partyjna, wypominając mu przynależność do niewłaściwej w czasie wojny organizacji. Wybudował dom okazały w Zawierciu. Zasadził nie drzewo, a sad cały. Został ojcem drugiej córki Jadwigi i stworzył idealne gniazdo rodzinne. W czasie ukrywania się tuż po wojnie na Śląsku przywiózł do Zawiercia pamiątkę z tułaczki – obraz za szkłem w czarnej ramie. Bajeczny bukiet kwiatów na parapecie w kryształowym wazonie. Obraz sygnowany wyraźnie – A.Gasteiger, który przez dziesięciolecia wisiał w pokoju gościnnym nad pianinem. Często wpatrywałem się w niego, zwłaszcza w podpis, myśląc, że jak dobrze byłoby obraz takiej wspaniałej niemieckiej malarki mieć we własnych zbiorach. Byłem już wówczas uznanym kolekcjonerem. Więc kiedy Henryk Kaczmarzyk ze swoją żoną z domu Wąchocką odwiedzali mnie w moim mieszkaniu w Opolu, jego pierwszym zdaniem, po przekroczeniu progu było pytanie było: „No pokaż Janiu, co masz nowego w kolekcji?”. Umiał docenić dobre malarstwo i znał się na nim. Aż pewnego razu, by mnie wyróżnić i uszczęśliwić, powiedział, że zasłużyłem w końcu na jego wyjątkowy prezent dla mnie. Do mojej kolekcji mogę dołączyć jego bardzo cenny obraz Anny Gasteiger, zdjąć go ze ściany w Zawierciu i dołączyć do swojej opolskiej kolekcji. Odmówiłem jednak przyjęcia tak szczerze darowanego prezentu. Darczyńca o mało nie obalił się ze zdumienia i mojej bezczelnej reakcji na jego dar serca. Kiedy ostygł, poprosił o wyjaśnienie i wytłumaczenie się z postępku. W tamtej dramatycznej chwili miałem już zebraną i skompletowaną wiedzę o malarce i jej artystycznej działalności. Anna Sophi Gasteiger z d.Meyer urodziła się w roku 1878 w Lubece. Studiowała i tworzyć zaczęła w Monachium. Tam wyszła za mąż za rzeźbiarza i profesora Akademii Monachijskiej Matthiasa Gasteigera. Jej twórczość malarska koncentrowała się przede wszystkim na malowaniu kwiatów. Robiła to znakomicie. Nie poszukiwała jakichś nowoczesnych kolorystycznych i kompozycyjnych rozwiązań. Przekazywała swoją twórczością piękno natury, nieskończoną gamę kolorystyczną zawartą w kwiatach. Jeszcze za życia osiągnęła niebywałą popularność i popyt na swoje portrety kwiatów. Wydawano w dużych nakładach przed wojną jej oprawione w drogie ramy reprodukcje, publikowano ilustracje książkowe i bito znaczki pocztowe. Zmarła po wojnie w 1954 roku. Odmówiłem przyjęcie daru, bo wiedziałem od dawna, że wiszący nad pianinem i wyglądający na oryginał obraz jest reprodukcją. Wprawdzie perfekcyjną, wydaną przez przedwojennych Niemców z niezwykłą starannością, ale jednak reprodukcją. Kolekcjonerzy nie zbierają druków. Polują na oryginał. Wytłumaczyłem teściowi, że cała moja kolekcja składa się z dzieł oryginalnych i że w tej swojej pasji kolekcjonerskiej poświęcam wiele uwagi, żeby natrafić na obraz oryginalny Anny Gasteiger. Pan Henryk uspokoił się, nie czując się upokorzonym, ale zapytał z powątpiewaniem: „A zdobędziesz obraz prawdziwy Gasteigerki?!”. Potwierdziłem, że obraz Anny Gasteiger wcześniej, czy później w mojej kolekcji znajdzie się. Henryk Kaczmarzyk, bohater mojego opowiadania, którego darzyłem wielkim szacunkiem i nadal tak czynię, był moim teściem. Zmarł w wieku 85 lat w roku 1998. Jednak nie zdążyłem pochwalić się teściowi za jego życia. Nie wypowiedziałem triumfalnego zdania-wykrzyknika: „Tata, zdobyłem wreszcie mojego Gasteigera. Przyjedź go zobaczyć!”. Teraz, po tylu latach poszukiwań i walki o zdobycie obrazu autorstwa znakomitej niemieckiej portrecistki kwiatów Anny Gasteiger, mogę mu do krainy wiecznej szczęśliwości przesłać radosną wiadomość : „Tato, dotrzymałem zobowiązania! Zdobyłem piękny i duży i bajecznie kolorowy obraz goździków w czarnym wazonie na okiennym parapecie. Nie zawiodłem Cię. Właśnie podróżuje do mnie przesyłką pocztową i lada godzina dostawca zapuka do moich drzwi z przekazem o rozmiarach 90×70 cm, w którym odnajdę upragniony i oczekiwany przez dziesięciolecia obraz, własnoręcznie namalowany i sygnowany ręką znakomitej europejskiej malarki A.Gasteiger „. Może go kiedyś, w kolejnej prywatnej wystawie zbiorów własnych, pokażę miłośnikom malarstwa tę moją dedykowaną mojemu znakomitemu teściowi zdobycz kolekcjonerską, za którą wzrok wytężałem przez całe czterdzieści lat.
Jan St.Trzos de Sagorza. Opole, 29 marca 2013 r.
A.Gasteiger.Goździki w czarnym wazonie.

A.Gasteiger.Sygnatura autorki

Comments Off on Gasteiger. Jan St.Trzos de Sagorza.

Filed under S.O.S.