Prezydent Lech Kaczyński. Jan St.Trzos de Sagorza.

Odszedł Lech Kaczyński, prezydent Polski. Świta prezydencka, towarzysząca mu w ostatniej drodze ku wolności absolutnej, okazała się bardzo reprezentacyjna i wielopartyjna. Fakt ten na zawsze obala mit, że mieliśmy prezydenta jednej pisowskiej partii. Dobierając skład uczestników wyprawy do Katynia, prezydent zadbał o to, by delegacja składała się z przedstawicieli jak najszerszej reprezentacji politycznych elit polskich. Uczynił to w sposób delikatny i taktowny. Znak ten był zapowiedzią jego zgody na kandydowania w wyborach na prezydenta Polski. Ponadto gest ten miał poświadczyć, że jego program zakłada odejście od dotychczasowego atakowania ugrupowań lewicowych i wrogich PiSowi na rzecz reprezentowania na stanowisku głowy państwa wszystkich rodaków ,bez względu na polityczne poglądy. Stąd jego uparte milczenie na pokongresowe pisowskie wezwanie o zgłoszenie swojej kandydatury w wyborach prezydenckich. To milczenie było nie na rękę bratu Jarosławowi, ale może również świadczyć o próbie wyzwolenia się spod politycznej kurateli wszechwładnego i apodyktycznego krewniaka. Te pozytywne walory prezydenta, które dotychczas były tłumione przez majestat władzy najwyższej,takie jak: dobroć, uczciwość, życzliwość i brak pazerności na korzyści materialne, stopniowo brały górę nad budowaniem sztucznej nie pasującej do jego wizerunku psychologicznego osoby zdecydowanej, bezwzględnej wobec przeciwników politycznych i nienawidzącego ateistów, sufrażystek, socjalistów i kochających inaczej. Ten inny wizerunek Lecha Kaczyńskiego, budowany w tajemnicy przed bratem, mógł by być bardzo przydatny naszemu skonfliktowanemu skołowanemu narodowi. Dostrzegłem te ukryte znamiona zapowiadających się zmian w osobowości prezydenta i dlatego chcę z wami tymi spostrzeżeniami się podzielić. Będąc jego zdecydowanym przeciwnikiem politycznym jak dotychczas,dostrzegam jednak, że taki nowy, albo odnowiony wizerunek prezydenta mógłbym zaakceptować. Doradziłbym mu jeszcze, by gonił od siebie jak najdalej tych od nacjonalistycznej ekstremy, rusofobów i eurosceptyków, a stanie się ulubieńcem narodu i prawdziwym wodzem. No jak?
Inną sprawą jest brak u Lecha więzi prawdziwej z panem Bogiem. Widocznie wiara Lecha nie była ani głęboka ani szczera. Gdyby było inaczej, zdołał by się ustrzec przed katastrofą i uratować wielu innych znakomitych przedstawicieli narodu przed takim nagłym i przedwczesnym odejściu w zaświaty. I tu uważajcie specjalnie ! Chcę wam, moi drodzy przyjaciele ujawnić tajemnicę niebios i przyczynę dla której poległo w katastrofie tylu wspaniałych ludzi. To, co tu oznajmię, jest pewne i zasługuje na głębszą metafizyczną i psychologiczną analizę. Lech Kaczyński nie powinien podróżować samolotami ! Niebiosa dawały mu z góry znaki, by z lataniem dał sobie spokój. Pan Bóg ostrzegał go dwukrotnie. Stąd moje spostrzeżenie o słabej więzi prezydenta z wiarą i bogiem. Pierwsze ostrzeżenie otrzymał, kiedy zaangażowany w awanturę gruzińską, poleciał wspierać politycznego awanturnika na Kaukaz. Pamiętacie państwo, że gdyby nie upór dzielnego pilota, już wówczas polska delegacja wymieszana z przedstawicielami innych narodów,wspierających inicjatywę Kaczyńskiego w sprawie podniesionej na Rosję awanturniczej ręki, mogła być zestrzelona, albo ulec katastrofie. Pilot nie usłuchał rozkazu prezydenta i poniósł konsekwencje służbowe, ale samolot, załogę i, przede wszystkim oficjeli uratował od niechybnej śmierci. To był pierwszy znak dla Kaczyńskiego – uważaj co czynisz. To nie są zabawy z papierowym księżycem! Ten pierwszy znak niebios został zignorowany. Znak ten jednak miał wymowę jednoznaczną – nie lataj samolotami i nie wdawaj się w awantury. Twoją sprawą jest pilnowanie dobrobytu wzrastającego i pomyślność narodu. Ostrzeżenie nie dotarło do adresata. Drugim ,przedostatnim ostrzeżeniem był lot do Japonii. W czasie lotu zepsuł się samolot i prezydencka wyprawa musiała przymusowo lądować w Mongolii. Prasa w Polsce zachłystywała się w obrażaniu naszego wschodniego sąsiada i obarczaniu go winą za niedoskonałą technikę lotniczą i podejrzeniach w spiskowaniu i niecnych zamiarach unicestwienia polskiego prezydenta poprzez katastrofę lotniczą. Pan bóg i tym razem darował prezydentowi i towarzyszącym mu osobom wspaniałomyślnie życie. Ale pogroził wszystkim, a zwłaszcza Lechowi Kaczyńskiemu palcem: „Uważaj, co czynisz.Nie mogę Cię ostrzegać bez końca. Pamiętaj o przysłowiu – do trzech razy sztuka !”. Ale i tym, feralnym razem, prezydent nie usłuchał. A powinien ! Wszystkie te cudowne znaki ostrzegawcze niebios zostały przez jego osobę i rozmaitych drogo opłacanych urzędników zignorowany. Japończycy jeszcze dziś, przed każdą poważną decyzją zasięgają opinii astrologów, sięgają po opinię znachorów i przepowiadaczy przyszłości, sięgają po księgę Nostradamusa. Czemu by w naszym zabobonnym słowiańskim świecie guseł i przepowiedni i wiary w siły nadprzyrodzone należało z takich wartości rezygnować ? Nikt, nawet kościół i czuwający nad prezydentem duszpasterze, nie zdołali ustrzec prezydenta i odczytać tak wyraźnie podawanych z niebios znaków. To jest to moje przesłanie spóżnione do Lecha Kaczyńskiego przesłanie: „Pnie Prezydencie, nie potrzebnie ulegał pan naciskom politycznych doradców. Oni na pąńskim autorytecie i ludzkiej dobroci piekli swoją polityczną pieczęć. Oni konstruowali i nagniatali kolejne antyrosyjskie zamierzenia w burzeniu narodu przeciwko wschodniemu sąsiadowi. Sprawa Katyńska zostanie tak czy owak pomyślnie dla Polski rozwiązana i nie było potrzeby tak wielkich ofiar składać na ołtarzu prawdy. Znaki niebios, zwłaszcza te tak wyraźnie czytelne, słane Lechowi Kaczyńskiemu jako znaki ostrzegawcze są też znakami dla polityków żyjących:”
Opamiętajcie się, miejcie miarę we wzajemnym oczernianiu się. Budujcie Polskę pojednaną i w swojej historii skomplikowanej różnorodną politycznie, w której wszyscy pragną jej pomyślności i dobrobytu.
Jan St.Trzos De Sagorza.

Reklamy

3 Komentarze

Filed under S.O.S.

3 responses to “Prezydent Lech Kaczyński. Jan St.Trzos de Sagorza.

  1. Ten trzeci oficjalny rządowy wylot ,w którym towarzyszyła prezydentowi czołówka polskich polityków, był znaczony. Dziwie się facetom, którzy tak skwapliwie i zachłannie skorzystali z prezydenckiego zaproszenia. Jaka próżność i pycha miała im towarzyszyć w wyrażeniu zgody na wspólny lot. Krytykowali wściekle prezydenta ci z opozycji, ale gdy ich łaskawie zaprosił na darmowy lot, bez wstydu i żenady pozostawiali rodziny i w podskokach pogonili na aerodrom. Wstydzę się za nich. Chciwość i łapczywość to cecha naszych reprezentantów narodu. W świecie ludów niesłowiańskich taki gest pojęty byłby jako zdrada, dyshonor, brak szacunku dla siebie i ugrupowania, które się reprezentuje. Polecieli, bo nie znali wyroków boskich, zapomnieli o greckiej wyroczni. Żal mi ich i płaczę cichcem, gdy nikt mnie nie widzi, ale pytam, czemuście dokonali takiego wyboru? Wiedzieliście o feralnych wylotach prezydenta i maszynie, która nie jest pewna. A jednak… Trzeci lot znaczony, trzeci przelot tragiczny. Odezwijcie się ,co sądzicie? Czy mam rację? De Sagorza.

  2. Mario

    A czy TY, TRzos de Sagorza, zaproszony przez Prezydenta na pokład samolotu odmówiłbyś? Nawet gdybyś był z innej opcji politycznej?
    Na pewno nie. Powiedziałbys- zaszczyt mnie spotyka, prezydent mnie zaprasza i poleciałbyś z nimi. Wiec się nie mądrzyj na ten temat, bo pewnie nikt nie odmawia w takich sprawach.

  3. Owszem, nie dałbym rady odmówić, bo jestem jak mówił Puszkin „kiczliwyj lach”, czyli facet, co się kolebie, waha. Wszyscy jesteśmy łasi na zaszczyty, ale ty byś na pewno odmówił? Ale Anglik z pewnością zignorowałby zaproszenie, Niemiec się zastanowił, jaka to jest cena polityczna, Francuz w podskokach, ale Duńczyk, Holender czy Szwed olał i prezydenta i zaproszenie. Jesteśmy tacy w zachowaniu, jak chorągiewki na wietrze, ale czas już by błędy własne dostrzegać i je korygować .Co sądzisz ? Pozdrawiam. De Sagorza.