Monthly Archives: Sierpień 2010

Architekci znów wpuścili Opolan w maliny.

Opolscy architekci ponownie wpuścili Opolan w przysłowiowe maliny. Lada dzień oddany zostanie do użytku budynek biblioteki miejskiej na pl. Wolności. Kolejny niezliczony już kicz budowlany projektu opolskich kreślarzy ozdobi śródmieście stolicy województwa. Fenomen tego wydarzenia polega na tym, że wszyscy oglądający nową miejską konstrukcję z którymi rozmawiałem, zgodnie twierdzą, że jest to kolejny architektoniczny potworek, na równi z takimi oddanymi poprzednio, jak:

-krzywa ściana biblioteki niemieckiej z betonowymi ścianami bez tynku, pokrytymi graffiti

-kamienna forteca udająca muzeum bez dziennego światła w środku, z dojściem na połamanie obcasów

-jak bank na pl.Franciszkanów

-jak niebieska pijawka na monumentalnym bauhauzowskim gmachu urzędu wojewody

-jak pokaleczony artdecowski dom mieszkalny przy ul.Spychalskiego 17

-jak niedawno oddany do użytku budynek GSW i wiele innych miejskich konstrukcji bez miary szpecących stare średniowieczne miasto.

Wyraziłem kiedyś w artykule o papie Musiole opinię, że za jego przyzwoleniem po wojnie do Opola zjechała cała rzesza architektów znikąd , którzy rozpoczęli systematyczną i planową akcję likwidacji starych zabytkowych konstrukcji budowlanych starego ocalonego z wojennego pobojowiska Opola na rzecz szpetnych, prymitywnych konstrukcji, pozbawionych absolutnie jakichkolwiek walorów estetycznych, na wieki niszcząc urodę pięknego europejskiego miasteczka. Zaginęła wówczas od wieków panująca w Opolu europejska elegancja i szyk , a rozpoczęła się manifestacją azjatyckich gustów i upodobań. Trend ten obowiązuje do dziś. Nowo wyedukowani projektanci nadal nie mają żadnego szacunku do zabytkowej architektury i absolutnie nie umieją sobie radzić z tak zwanym kontekstem. No, bo ich w szkołach kreślarskich o ochronie zabytków i łączeniu nowych budowli z zabytkowymi nie uczą. A im samym brakuje wyobraźni,by pojąć, że uroda starych miast polega właśnie na dbaniu o starą substancję budowlaną, Że nowe budowle mają być dopasowane do starej zabudowy, a nie na odwrót. Że nie może być nadmiernego kontrastu pomiędzy zabudową starą i nową.

Każde zabytkowe miasto ma rozległe tereny wolne od zabudowań, więc do licha, tam realizujcie swoje zawodowe ambicje, a od zabytków wam wara. Autor najnowszego architektonicznego gniota Andrzej Zatwarnicki, postawionego w sercu stolicy województwa, w rozmowie z panią redaktor Anitą Dmitruczuk nie potrafi merytorycznie odpowiedzieć na żadne z postawionych pytań. Leje wodę, nieporadnie uzasadniając problem integralności i wyjaśniając grobową kolorystykę konstrukcji. Co tu kryć, panie Andrzeju. Zniszczył pan bezpowrotnie piękny stary eklektyczny budynek i kolorystycznie zredukował kolorem cały plac, który zamiast piąć się do góry z kotlinki nad kanałem, dołuje całą okolicę, czyni ją zaściankiem całego centrum.

O innych argumentach obrony chybionej inwestycji szkoda gadać, ale w tej retoryce młodego kreślarza można dostrzec promotora młodego architekta, innego wielkiego twórcę z własną pracownią, który od lat niszczy zabytki Opola, by na ich miejscu lokować swoje nowoczesne konstrukcje.

Problem polega na tym, że głosy pochwalne takiej nowoczesnej zabudowie głoszą jedynie sami architekci. Sądzą, że opiniować ich dzieła mogą jedynie przygotowani do dziedziny fachowcy. Profanom wydawać opinię się zabrania. Każdego, który się odważy zabrać głos krytyczny, zmiotą z powierzchni, ogarną wzniośle pogardliwym spojrzeniem i nawet nogi nie podadzą zamiast ręki. Tymczasem architektura jest sztuką i jak każda z jej dziedzin, podlega krytyce. Więc czemu ci opolscy architekci tak alergicznie się do tej krytyki ustosunkowują. W propagowaniu własnych kreślarskich pomysłów stosują taktykę krawca z bajki, który ubierał króla i w swoich pomysłach posunął się tak daleko, że puścił go nagiego w miasto, wmawiając gapiom, że szaty, w które wystrojony jest król, są przepiękne. I kto tego nie dostrzega jest kpem. Tak właśnie dzieje się z architekturą w Opolu.

W środku pięknego zabytkowego średniowiecznego europejskiego miasta, kilku gniewnych, poszukujących poklasku i rozgłosu architektów buduje konstrukcje, wmawiając decydentom i gawiedzi, że to co czynią jest nowoczesne i piękne. I pasujące do starej zabytkowej architektury. I decydenci,władza miejska, którzy zatwierdzają te projekty, jak nagi król, dają się na ich argumenty nabrać. Mało tego, ten ciemny naród, jak twierdzi Jacek Kurski, też. A z czasem wszystko się ulegnie, dotrze, zapomni i tylko biedny poeta będzie w samotności ubolewał nad obsesją brzydactwa, która trapi ten skołowany polityką naród.

Jan St.Trzos de Sagorza. Opole, 25 sierpnia

Z budowlanego chaosu wyłania się szary potworek

Reklamy

1 komentarz

Filed under architektura, Opole, S.O.S.

Kossakowie II. Jan St.Trzos de Sagorza

W Ciechocinku na skraju parku zdrojowego znajduje się okazały eklektyczny budynek Poczty Polskiej. Jakież było moje zdumienie, kiedy przed kilkoma laty podczas bytności w sanatorium w interierze pocztowym ujrzałem na ścianie słusznych rozmiarów obraz Kossaka. To był ten nieoczekiwany i radosny przypadek obcowania z prawdziwą sztuką w okolicznościach do takich artystycznych wrażeń nie nadających się.

Stałem zdumiony przez kilka dobrych chwil w zapomnieniu, po co tam wstąpiłem. Podziwiałem dzieło w ogromnej radości, nie wiedząc nawet, który z Kossaków jest jego autorem. Domyśliłem się, a właściwie bardziej poznałem, że jest to dzieło stojącego nieco z boku wielkiej trójki genialnych Kossaków, ich bliskiego krewniaka Karola. Moja fascynacja obrazem mieszała się z uczuciem pewnego zgorszenia. Jak to? Dzieło przedstawiciela znakomitego rodu klasyków malarstwa polskiego miast zawisnąć w jakiejś okazałej sali reprezentacyjnej, bądź ozdobić muzeum regionalne, albo willę prezydencką w Ciechocinku, poniewiera się w hallu pocztowym bez należytej oprawy i informacji, kto jest autorem dzieła i jak obraz się tam znalazł.

Schyliłem się do okienka i zapytałem panienkę, czy wie co to za obraz i czemu tam wisi i tak jak się spodziewałem odpowiedź była negatywna. A ot, wisi sobie. Kto jest jego autorem i jak dawno wisi, to nie jej sprawa, bo jej i tak się nie podoba. Wyobraźcie sobie emocje kolekcjonera, który na widok upragnionego okazu samoczynnie instynktownie uruchamia myśliwski mechanizm pozyskania za wszelką cenę upatrzonej zdobyczy. W głowie kotłują się takie myśli: może nie wiedzą co mają; może chcą się go pozbyć, bo nie znają się ani na jego artystycznej i antykwarycznej wartości; może im zawadza i dlatego nie dekoruje gabinetu dyrektora poczty. Uspokoiłem się po chwili – moja wiedza o Kossakach podpowiadała mi, że czwarty w hierarchii Kossaków, Karol Kossak po wojnie przeniósł się na ziemie zachodnie, ale nie wiedziałem,że wybrał właśnie na stałe miejsce zamieszkania Ciechocinek.

Karol Kossak był wnukiem Juliusza Kossaka, synem brata-bliźniak Wojciecha – Tadeusza. Syn Wojciecha Kossaka – Jerzy był stryjecznym bratem Karola. Nie był, jak większość znawców malarstwa polskiego uważa samoukiem, ale przygotowanym i uzdolnionym artystą-plastykiem, któremu I-sza wojna światowa stanęła na drodze pełnej artystycznej edukacji. Urodził się w roku 1896 we Lwowie i w tym mieście pobierał malarskie nauki u takich koryfeuszy polskiego malarstwa, jak Zygmunt Rozwadowski, Stanisław Kaczor-Batowski, czy znany huculista Władysław Jarocki. Tuż przed wybuchem wojny w roku 1914 powołany zostaje do austriackiego wojska i wespół z dzielnym wojakiem Szwejkiem broni interesów imperium jego cesarskiej mości Franza Josepha. Zresztą Kossakowie byli lojalnymi poddanymi jego królewskiej mości i wiele dzieł malarskich poświęcili tematom związanym z historia Austrii i dworu panującego.

Tak się jednak składa ,że większość scen batalistycznych wszystkich Kossaków tyczy walk i potyczek jeźdźców na koniach w wojnach napoleońskich i bitwach z bolszewikami. Po odzyskaniu niepodległości wszyscy Kossakowie odnajdują swoje miejsce w dziedzinie sztuki i całkowicie poświęcają się malarstwu. Nasz Karol Kossak wraca do Lwowa i znajduje dla siebie miejsce jako nauczyciel rysunku w lwowskich gimnazjum. Nie traci kontaktu ze swoimi wyżej ocenianymi w malarstwie krewniakami i współpracuje z nimi, zwłaszcza ze stryjem Wojciechem, który zaprasza go do współpracy w tworzeniu swoich słynnych panoram. W wieku 31 lat zawiera związek małżeński z zamożną szlachcianką Antoniną Czerkawską i po wybudowaniu w miejscowości Tatarów nad Prutem domu rodzinnego zamierza osiąść tam na stałe.

Przysłowie powiada, że jak chcesz rozśmieszyć Pana Boga, to powiedz mu o swoich planach. Tak się też stało w przypadku rodziny Karola Kossaka. Po drugiej wojnie rozpoczyna się wędrowna tułaczka rodziny. Muszą Kossakowie opuścić rodzinny Tatarów i jak inni członkowie z nimi spokrewnieni ruszyć w nieznane na zachód. Karol pałęta się w niedoli przez dwa lata na ziemiach odzyskanych, by ostatecznie w roku 1947 osiąść na stałe właśnie w Ciechocinku, w którym De Sagorza całkiem przypadkowo trafił na jego wyeksponowane w hallu poczty dzieło.

Za czasów Polski czerwonej media bardzo oszczędnie pozwalały sobie na wypowiedzi dotyczące malarstwa Kossaków, zwłaszcza za ich przedwojenną twórczość malarską gloryfikującą chwałę polskiej konnicy w bitwach z Rosjanami podczas wojen napoleońskich, a szczególnie za wielką ilość masowo przed II wojną produkowanych obrazów z potyczek i zwycięstw nad bolszewikami. To były tematy tabu. Takie to były czasy, że swoją patriotyczną sztukę musieliśmy chować przed sąsiadami. Minęły te straszne dla malarstwa patriotycznego chwile i po wałęsowskim zwycięstwie twórczość wszystkich Kossaków odnalazła w III Rzeczypospolitej należne jej miejsce. Karol Kossak posiada jedną ciekawą cechę, która różni go od pozostałych Kossaków. Otóż mieszkając przez kilkanaście lat w Tatarowie malarz stworzył znakomity cykl obrazów akwarelowych poświęconych środowisku tamtejszych Hucułów. Ten znakomity akwarelista nie jest w tym obszarze nawet teraz w Polsce wolnej należycie oceniony. Jego liczne rysunki i akwarelki, bohaterami których Karol uczynił Hucułów- miejscowych karpackich Górali, a które rozproszone są po całej Polsce w prywatnych kolekcjach, zasługuje na to, by któreś z regionalnych muzeów zdecydowało się na utworzenie (póki czas) kolekcji o tej tematyce.

Można z góry przewidzieć, że taki tematyczny zbiór pt. „Huculi w malarstwie Karola Kossaka” może odnieść wielki medialny sukces i zapewnić beneficjantom krajową popularność i określone finansowe im kulturowe profity. Mogłoby to na przykład być Opolskie Muzeum i fajnie by się stało gdyby dyrekcja tego ośrodka promocji kultury materialnej zechciała tę podpowiedź wziąć sobie do serca. W Polsce nie brakuje muzeów poświęconych pomniejszym malarzom, np. muzeum Nikifora w Nowym Sączu, czy inne. Zbiór akwareli Karola Kossaka w Opolu stał by się ważnym ośrodkiem muzealnym, do którego podążaliby miłośnicy i malarstwa Kossaków i miłośnicy Kresów z całej Polski. Mógłbym pani dyrektor muzeum opolskiego okazać wielką pomoc przy pozyskiwaniu akwareli Karola Kossaka do kolekcji. Na początek ofiarując w darze niewielkich rozmiarów obrazek dwóch kawalerzystów regularnej polskiej formacji konnej sprzed roku 1939. Jest po temu czas w sam raz.

Za pięć lat będzie mijała 40 rocznica śmierci znakomitego malarza i otwarcie stałej ekspozycji dzieł Karola Kossaka w Opolu narobiłoby w mediach wiele hałasu i być może przyczyniłoby się do okazji wręczenia odznaczeń zasłużonym dla promocji kultury. Może i ja bym się na tę uroczystość załapał. Dom w Ciechocinku, w którym zamieszkał po wojnie Karol Kossak stał naprzeciwko parku Zdrojowego, na ulicy Traugutta. Warto też podkreślić, że Karol Kossak, znakomity przedstawiciel niezwykłej genialnej rodziny Kossaków wniósł w historię malarstwa polskiego swój cenny, zasługujący na ochronę i promocję dorobek artystyczny i że w roku 1950 za swoje osiągnięcia w malarstwie akwarelowym przyjęty został w poczet członków Związku Polskich Artystów Plastyków.

De Sagorza kończy tymi słowy drugą część opowieści o znakomitej rodzinie polskich twórców i obiecuje Wam, drodzy czytelnicy, że trzecia część o kolejnym Kossaku, również plastyku Leonie, będzie nie mniej zajmująca. Będzie to opowieść o przygodach bohatera-awanturnika, którego wyczyny i droga życiowa aż się proszą by zostały uformowane w zgrabny kultowy polski przygodowo-awanturniczy film. Zgłaszam gotowość napisania fantastycznego scenariusza filmowego. Szukajcie jedynie producenta z forsą. De Sagorza serdecznie Was moi przyjaciele pozdrawia, życząc pogody ducha i szukania w sobie zdolności do autoironii.

Czołem. Opole,18VIII10r.

Obraz Karola Kossaka „Mężczyzna w powozie”

4 Komentarze

Filed under S.O.S.

Kossakowie. Jan St. Trzos de Sagorza

Kossakowie – fenomenalna polska rodzina, która w dziejach kultury narodowej nie zna odpowiednika posiadającego tak ogromnego dorobku w malarstwie i sztuce słowa. Prawdopodobnie również w świecie trudno byłoby znaleźć przykład, w którym członkowie jednego klanu rodzinnego wnieśli do ogólnonarodowej spuścizny w obszarze dóbr kultury duchowej i materialnej tak ogromny i ważny wkład.

W świadomości powszechnej funkcjonuje w Polsce przekonanie, ze Kossakowie to przede wszystkim malarze koni, bez potrzeby odróżniania czyj koń jest którego Kossaka i ilu tych nadzwyczajnie utalentowanych malarzy istniało. Wiedza ta o Kossakach ogranicza się przeważnie do stwierdzenia ,że był Juliusz i był Wojciech i jeszcze Jerzy i że oni malowali podobnie, do tego stopnia, że profanom często trudno jest odróżnić który jest który. Na pewno trudno jest również określić zbierającym ” kossaki”, jak w hierarchii cen antykwarycznych układa się relacja wartości poszczególnych obrazów w zależności od występującego przed nazwiskiem Kossak imienia autora.

Trudno niewtajemniczonym określić też jaka różnica w technice malarskiej występuje wśród nich. Otóż najstarszy z rodu, protoplasta znakomitych twórców Juliusz Kossak specjalizował się przede wszystkim w technice akwareli. Jego pierwsze nieudolne poczynania artystyczne poczęły się właśnie od niewinnych młodzieńczych rysunków koni na stadninie znakomitego kresowego magnata, mecenata sztuki i kolekcjonera narodowych pamiątek historycznych Juliusza Dzieduszyckiego. To on – wielki polski patriota pierwszy dostrzegł niezwykły samorodny talent młodzieńca i uczynił dużo dla promocji i wsparcia materialnego Juliusza, zakładając pozytywistycznie, że dosyć jest w Polsce spiskowania i ciągłego biedolenia nad losem utraconej państwowości. Ze trzeba wziąć się do roboty, tworzyć dobra materialne, podnosić stan świadomości kulturalnej i wspierać młode obiecujące talenty, które tworzyły by w przyszłości bazę pod niepodległe państwo.

Sztuka i dorobek miały stanowić wartość znacznie bardziej doniosłą niż puste patriotyczne czyny i gesty rejtanowskie. Juliusz Kossak pragnie swoje niezwykłe zamiłowanie do obranej techniki malarskiej – akwareli pogłębić, przekroczyć granicę dzielącą malarza samouka od profesjonalisty i dlatego obiera naukę w Paryżu u znakomitego francuskiego akwarelisty Horacego Verneta. Wybór miejsca i mistrza za sprawą doskonałych polskich doradców okazał się być trafieniem w dziesiątkę. Vernet (1789-1863) był wówczas wespół z niemieckim malarzem koni Albrechtem Adamem (1786-1862) malarzem największym w świecie specjalizującym się w scenach batalistycznych, na których postacią najważniejszą jest koń. W swoich zbiorach posiadam olejny obraz Albrechta Adama z Monachium (portret konia z amazonką), jak również scenę końską dziewiętnastowieczną „Śmierć ks.Józefa Poniatowskiego w Elsterze”, która jak sądzę jest repliką albo kopią jedynego dzieła H.Verneta o tematyce polskiej o naszym księciu. Obraz ten namalowany przez francuskiego mistrza, był często kopiowany przez licznych polskich malarzy koni. Kilka takich obrazów sygnowane są nazwiskiem Januarego Suchodolskiego, Juliusza Kossaka, bądź są anonimowe. Temat ten popularny jest również w licznych odbitkach graficznych, jako prace autorów nieznanych. Taką właśnie reprintową odbitkę oglądaliśmy w muzeum Kraszewskiego w jego domu-muzeum w Dreznie. Byłem na tej wycieczce zniesmaczony, że w tak renomowanym muzeum wiszą takie bezwartościowe pamiątki.

W porywie uczuć patriotycznych zadeklarowałem wówczas, że posiadam oryginalną dziewiętnastowieczną wersję niesygnowaną tego obrazu i że mógłbym go ofiarować w darze drezdeńskiemu muzeum Kraszewskiego. Obietnicę tę wypowiedziałem trochę na wyrost i teraz czynu tego żałuję. Jak bowiem stać może ubogiego emerytowanego nauczyciela na takie szlachetne gesty. Teraz mam problem jak z tej zagmatwanej sytuacji wyjść z twarzą. Chyba pójdę do spowiedzi i poproszę zaprzyjaźnionego księdza o zwolnienie mnie z tej obietnicy. Po prostu, tak po ludzku, na taki gest mnie nie stać. Co mieliby pomyśleć moi dwaj synowie. Wariat jakiś, czy co?

Wróćmy jednak do Juliusza. Tam właśnie w Paryżu dokonał się ostateczny wybór przez niego techniki malarskiej. Na całe życie Juliusz Kossak pozostał wierny jej i w historii polskiego malarstwa uchodzi jako jedyny i największy polski akwarelista XIX wieku. Wprawdzie popełnił znaczną ilość obrazów malowanych olejem, ale w tej dziedzinie pierwszeństwa ustąpił swojemu synowi – genialnemu polskiemu bataliście klasy światowej Wojciechowi Kossakowi. c.d.n.

Na filmie:

ZE SKARBNICY POLSKIEJ SZTUKI, KULTURY I TRADYCJI NARODOWEJ. Malarstwo WOJCIECHa KOSSAKa, muzyka FRYDERYKa CHOPINa . Utwory Fryderyka Chopina na zabytkowym fortepianie Pleyela z Muzeum Podkarpackiego w Krośnie wykonuje prof. Lidia Kozubek.

( Moja rada: najpierw poczekaj, aż się film doładuje, potem oglądaj)

Możliwość komentowania Kossakowie. Jan St. Trzos de Sagorza została wyłączona

Filed under kultura, malarstwo, muzyka