Monthly Archives: Listopad 2010

Cynkutis u Grotowskiego

Przygodę moją z Wiaczesławem Tichonowem opisałem w poprzedniej swojej wypowiedzi w Trzosie Opolskim. Na podobną przygodę z wielkim polskim aktorem Zbigniewem Cynkutisem i geniuszem eksperymentatorem teatralnym Grotowskim nie musiałem udawać się daleko, do moskiewskiego MOSFILMU. Działo się to w Opolu za moich czasów studenckich. Wdaje mi się po latach, że ówczesne życie duchowe i kulturalne studentów było pod względem uczestnictwa i zaangażowanie w sprawy związane z kulturą wysoką znacznie pełniejsze i ciekawsze od zainteresowań naszych obecnych żaków. Pamiętam empatię studencką w związku z rewolucyjnymi poczynaniami teatralnymi Jerzego Grotowskiego i dumę naszą, że to właśnie w naszym mieście poza festiwalem piosenki dzieją się wielkie kulturalne wydarzenia, o których mówi i pisze cała Polska. Podziwialiśmy tego ponurego mruka, mizantropa, który z pogardą w oczach do mijanych opolan, z opasłą torbą na ramieniu i w okularach o dużej ogniskowej, podążał codziennie przez rynek do swojego matecznika w Rynku, zwanego Teatrem 13 Rzędów. Studenci, a jakże, chodzili na jego awangardowe przedstawienia. Dzisiaj nie postawiłbym nawet złamanego szeląga, czy cokolwiek poza emocjami potrafiliśmy z tych jego ekstraeksperymentalnych przedstawień wynieść. Uczestniczenie w jego przedstawieniach było trendy, a co dopiero bezpośredni udział w jego zwariowanych inscenizacjach. Mnie się poszczęściło. Znalazłem się w odpowiednim czasie i właściwej chwili na jego drodze. Spojrzał pogardliwym wzrokiem na wymizerowanego opolskiego żaka, pokiwał wskazującym palcem, bym się do jego wysokości twórcy zbliżył i rozkazał:”Chodź no tu!”. A facetem, co tu kryć, byłem tchórzliwym i nieśmiałym. Przy tego typu kontaktach z ludźmi z pierwszych stron gazet odbierało mi mowę. Grotowski w kilku słowach wyłuszczył sprawę ,o którą mu chodziło i zanim zrozumiałem czego ode mnie wymaga, wyraziłem zgodę. Odwrócił się i poszedł, dodając na odchodne, że jak będę potrzebny, to bym się nie martwił, on mnie odnajdzie. Janusz Dziubek, enfant terrible opolskiej studenckiej cyganerii, obecnie mieszkający w Szwecji, który był świadkiem tej rozgrywającej się historycznej sceny, widząc moją zdumienie i niewiarę w to, co się stało, potwierdził fakt, ze oto wielki Grotowski zaprosił, a właściwie wymusił na mnie statystowanie w jego przedstawieniu w teatrze, które będzie filmowane przez jakiegoś Szkota, czy Walijczyka, jako jego praca dyplomowa. W takich niecodziennych i emocjonujących dla mnie sytuacjach, doszło do mojego pierwszego przed Mosfilmem teatralnego i filmowego debiutu. Z którego osobiście jestem bardzo szczęśliwy i co tu kryć,dumny. Tym bardziej, ze cząstka tego filmu stanowi obecnie fragment zabytkowy,archiwalny, dokumentalnego filmu historycznego o pobycie i artystycznej działalności światowego reformatora sztuki aktorskiej w Opolu. Film ten jest też materialnym, niezaprzeczalnym i dumnym dla Opolan dowodem, że początki triumfalnego nowatorskiego pochodu po wielkich scenicznych arenach świata Jerzy Grotowski rozpoczął właśnie w Opolu. A ja, nie chwaląc się, jestem tą kruszyną, która przypadkowo przedostała się w światło reflektorów i w tym filmowym dokumencie pozostanie jako świadectwo mojego uczestnictwa w teatralnych eksperymentach geniusza po wsze czasy.I w tym miejscu docieramy do Zbigniewa Cynkutisa. Zbyszka znałem z jego roli z jakiegoś polskiego powstańczego filmu, gdzie grał rolę młodego warszawiaka, biorącego udział w zamachu na jakiegoś hitlerowskiego oprawcę. Zapamiętałem go, jako tego zamachowca, który rzucał granat lewą ręką i był już na tamte czasy, jeszcze przed przejściem do Grotowskiego aktorem znanym. W Teatrze Laboratorium w Opolu występował od 1961 roku do 1966. Później we Wrocławiu. W Opolu Grotowski zdążył zrealizować swoje najbardziej znaczące przedstawienia, które przyniosły mu światową sławę i wytyczyły drogę do triumfalnego marszu po światowych scenach. Były to takie przedstawienia, jak: „Dziady” wg A.Mickiewicza, rok 1961, „Kordian” wg J.Słowackiego, rok1962, „Akropolis” wg S.Wyspiańskiego, rok 1962, „Tragiczne dzieje doktora Fausta” wg C.Marlowe w roku 1963 i kilka innych. To właśnie te opolskie inscenizacje uczyniły Jerzego Grotowskiego znanym w całej Polsce i przyczyniły się do jego wręcz niewyobrażalnej popularności w świecie. Krótka scena z moim udziałem jest bardzo czytelna i wyrazista. Na podłużnej scenie z gołych desek, ciągnącej się wzdłuż sali teatralnej, która obecnie jest salą restauracyjną, a wówczas stanowiła salę widowiskową, Zbigniew Cynkutis w majtkach wyczynie jakiej przedziwne gimnastyczne wygibusy. Pada na tej scenie, podnosi się, znowu klęka i przewraca się, to znowu zwisa z niej, ryzykując upadkiem na podłogę, bądź na nasze kolana lub głowy. Bo my, statyści, siedzimy właśnie wokół tej sceny i podziwiamy jego wyczyny. Mój wizerunek w tej scenie jest bardzo wyeksponowany i widoczny. Kto mnie zna z widzenia, ten, założę się o flaszkę dobrego wina, nie rozpozna mnie tam. Siedzi na tej sali przystojny młody studenciak, w niczym nie przypominający dzisiejszego autora tych słów. Boję się, że po stu latach, gdy film ten będzie pokazywany miłośnikom teatru i awangardowych poczynań scenicznych i aktorskich Jerzego Grotowskiego w Opolu, nikt mnie na nim nie rozpozna. Jaka to może być dla moich potomków-opolan Trzosów ,obecnych na tej futurystycznej prezentacji wielka strata, nikt się nie dowie. Będą za to podziwiając Cynkutisa widzowie, zastanawiać się, czemu aktor tak się na tej scenie gibie ,wygina i tarmosi konwulsyjnie. Sądzę, że nawet teraz badacze sztuki Grotowskiego nie byli by w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Więc ja Wam, moi wierni czytelnicy Trzosa Opolskiego, zdradzę tę tajemnicę. Znam ją od samego Zbigniewa Cynkutisa. Ale proszę Was, nie zdradzajcie tej tajemnicy nikomu, niech zostanie ujawniona dopiero po stu latach. Otóż Cynkutis skręca się na scenie z głodu. Mówię wam to bardzo serio. Grotowski słynął z tego, że był dla swoich aktorów katem i jednym z jego rozkazów był nakaz, żeby w dniu premiery i każdej następnej prezentacji nikt z aktorów nie ośmielił się czegokolwiek wziąć do ust. Musieli startować o pustym żołądku. I oni ten zakaz posłusznie wykonywali. Tak więc Zbyszek skręca się na tej scenie z głodu, bo mu kiszki grają przysłowiowego marsza. Jest to tajemnica, którą tylko ja posiadam i za moją sprawą członkowie Trzosa Opolskiego. Miejcie więc wzgląd na moje do Was zaufanie i trzymajcie język w tej sprawie za zębami. Zdjęcia wówczas trwały bardzo długo do filmu tego Szkota, czy Walijczyka, ale ja znam tylko tę jedną scenę. Po zakończeniu zdjęć, kiedy opuszczałem już plac filmowy, w hallu teatru dopadł mnie jeszcze sam Jerzy Grotowski i patrząc gdzieś w bok, a nie na mnie, zapytał, czy jestem z Opola, czy mieszkam w akademiku? Gdy odpowiedziałem, że jestem Opolaninem, dodał do poprzedniego pytania, czy jak będę potrzebny, to się stawię na jego wezwanie. Odpowiedzi nie muszę wam potwierdzać. Uścisnął mi rękę. Nie ma już Jerzego Grotowskiego, który zmarł w roku 1999 we Włoszech, ani Zbigniewa Cynkutisa, który zginął w roku 1987 w wypadku samochodowym.Leganda Jerzego Grotowskiego jednak ma się zdrowo i miast Opolu przynosi wiele splendoru. Niech więc pamięć o nim i jego opolskich dokonaniach trwa wiecznie, a ja się w cieniu jego sławy też czuję znakomicie. Pozdrawiam Was, moi drodzy czytelnicy i dajcie znać, czy to, co tu Wam wypisuję jest warte Waszego cennego czasu, który poświęcacie na jego czytanie. Opole, 11 listopada 2010 r. Jan St.Trzos de Sagorza.

Jerzy Grotowski (z witryny: http://www.teatry.art.pl/n/czytaj/9377)

P.S. do Cynkutis w Opolu u Grotowskiego.
> Pragnę do napisanego dodać jeszcze jedną scenę ze Zbyszkiem Cynkutisem. Otóż po przerwie, kiedy wróciliśmy do zdjęć, na sali pokazał się zagniewany Grotowski. Zlustrował wnikliwie plan filmowy i wyglądało, że jest kontent i można zacząć kręcenie kolejnych ujęć. Tymczasem jakoś bokiem podstępnie znalazł się obok mnie i ze złością zapytał, czy siedzę na swoim miejscu.Nie patrzył na mnie, tylko gdzieś obok, więc spojrzałem na Janusza Dziubka wystraszony, z pytaniem w oczach, czy to do mnie wielki mistrz się zwraca. A myśmy się z nim (Januszem)po przerwie zamienili miejscami. Potwierdziłem jego podejrzenia z lękiem ,że za karę wyrzuci mnie i Janusza z sali. Ale on tylko burknął, byśmy usiedli z powrotem na swoje miejsca i odszedł obrażony. Na tych twardych i niewygodnych do siedzenia ławkach godzinami, wytrwaliśmy do końca sesji zdjęciowej. Piszę o tych didaskaliach, które mogą czytelnikom wydawać się śmieszne i nieistotne, ale dla mnie stanowią one pełną emocji i szacunku do mistrza treść wspomnieniową o nim i tamtych niezapomnianych chwilach, które niosę przez życie moje, jak komplet naczyń kryształowych po wyboistej drodze.


Krótki fragment filmu dokumentalnego poświęconego Jerzemu Grotowskiemu. Zarejestrowano ćwiczenia aktorów Laboratorium (Reny Mireckiej i Ryszarda Cieślaka) oraz urywek spektaklu „Akropolis”

Reklamy

Możliwość komentowania Cynkutis u Grotowskiego została wyłączona

Filed under Opole, teatr

Stirlitz

Rok temu, w grudniu 2009 roku odszedł do krainy wiecznej szczęśliwości, znakomity rosyjski aktor, wykonawca głównej roli w kultowym radzieckim filmie „17 mgnień wiosny” Wiaczesław Tichonow. Abwehra odetchnęła z ulgą. Znakomity i nieustraszony razwiedczyk, który w pojedynkę rozwalił Trzecią Rzeszę, już nigdy nie sprawi niemieckiemu kontrwywiadowi żadnych kłopotów. Odszedł w zapomnieniu. Trudno uwierzyć, ale jeszcze trudniej jest się pogodzić, że tego rozmiaru geniusze sztuki filmowej radzieckiej (rosyjskiej) w wieku całkowitego artystycznego spełnienia się i poświęcenia swojego talentu sztuce filmowej i kulturze rosyjskiej, kończą swój twórczy i doczesny żywot w zapomnieniu i niedostatku. Wspomniałem onegdaj o innym smutnym losie Władimira Iwaszowa, niezapomnianego bohatera „Ballady o żołnierzu”. Sięgnijcie, jeśli jesteście zainteresowani tematem, do Trzosa Opolskiego. Opisałem w jednym z moich essejów tragiczne dzieje tego znakomitego, również w Polsce popularnego aktora. Teraz o smutnym losie innego radzieckiego aktora Wiaczesława Tichonowa słów kilka skreślić pragnę. Poznałem go osobiście. Graliśmy razem w jednym z radzieckich filmów pt. „Europejska historia”, t. j., on grał główną rolę, a ja statystowałem w tym filmie. Moja rola sprowadzała się do udawania niemieckiego dziennikarza z okresu zimnej wojny. Rzecz działa się w Niemczech, ale film kręcono w studiu MOSFILM. Nie uwierzycie chyba, bo rzecz wydaje się niewiarygodna, ale tak było na prawdę. Skąd niby skromny nauczyciel akademicki miałby być zaproszony do światowego studia filmowego, nawet do roli statystowania. Czasami sam mam wątpliwości, czy to działo się na jawie, ale gdybyście pragnęli potwierdzenia, to zapytajcie się Bogusia Lajtla, on bowiem urządził mi spotkanie z młodzieżą szkolną w MDK, na którym opowiedziałem o mojej niedoszłej karierze filmowego gwiazdora. Tam, w znakomitym moskiewskim studiu, poznałem W.Tichonowa i innego rosyjskiego klasyka filmu Fiłatowa i innych. Z ekranu dużego formatu i telewizyjnego, patrzy na widza pełen godności i dumy w starorosyjskim szlacheckim wydaniu nie tylko niemiecki oficer, ale też książe Andriej Bałkonski z filmowej monumentalnej ekranizacji powieści Lwa Tołstoja „Wojna i Pokój”. Film ten niedawno przypomniał miłośnikom kina rosyjskiego program TVP Kultura. Tichonow dla kina radzieckiego był kimś na wzór hollywoodzkiego gwiazdora Gregory Pecka. Obaj nawet byli fizycznie podobni i posiadali wspólne artystyczne image. W studiu przebywałem razem z Wiaczesławem Tichonowemi i podziwiałem jego skromną i promieniującą życzliwością postawę wobec nieznanych mu osób. Kiedy dowiedział się ,że jestem z Polski, zapytał się zdziwiony, dlaczego na udających niemieckich dziennikarzy reżyser filmu Gostiew zaprosił polskich statystów. Może dlatego, że w filmie grali również polskie gwiazdy – Beata Tyszkiewicz i Stanisław Mikulski? Nie umiałem mu na to pytanie odpowiedzieć i odpowiedziałem mu, ze sam się dziwię, że nam wyznaczono taką rolę, przecież Polacy fizycznie wcale się od Rosjan nie różnią – dodałem. Tichonow skoncentrował swoją uwagę na mnie, po chwili przeniósł spojrzenie na innych statystujących w filmie rodaków i po namyśle dodał filozoficznie i wymownie: „Nie, jednak jesteście inni. Popatrz sam, a dostrzeżesz różnice.Tak, jednak jesteśmy inni, różnimy się od Rosjan, ale nie wiem, czy na korzyść.” Nie wiem, czy to była siła jego sugestii, ale do końca mojego statystowania w Mosfilmie, upierdliwie gapiłem się na rodaków i rozmyślałem, czego w nas, w Polakach i Rosjanach jest więcej – podobieństwa, czy różnic. Sprawa ta „tichonowowska” trapi mnie po dzień dzisiejszy i nie mam na nią do tej pory gotowej odpowiedzi, by jednoznacznie odpowiedzieć znakomitemu radzieckiemu aktorowi, jakie jest moje zdanie w tej zagmatwanej sprawie.Niestety, nawet gdybym miał już gotową odpowiedź, to nie było by już komu tę odpowiedź przekazać. Smutny los wielkiego aktora polegał na tym, że ostatnie lata swojego życie spędził w zapomnieniu, egzystując za skromne i niegodziwe emerytalne środki finansowe u boku rekinów finansowych, bezczelnie bogacących się na rabunkowej transformacji ustrojowej. Na stare lata nikomu już nie był potrzebny. Po jego śmierci rodzina miała finansowe trudności z urządzeniem godnego jego imienia pochówku. A on za życie nie zabiegał o zaszczyty i honory i o pogrzebie z wielką pompą nie marzył. Księciem był tylko dla potrzeb filmowych, na których wymagano od niego wysokiej prezencji i doskonałych manier idealnego rosyjskiego arystokraty. Taka rola sugerowała jego wysokie książęce pochodzenie,z którym musiał się ukrywać ze względu na panujący ustrój. Jednak prawda jest inna – w jego żyłach nie płynęła błękitna krew. Był synem prostego robotnika fabrycznego i wychowawczyni w przedszkolu. Końcówka jego życia przypadła na smutny dla sztuki okres transformacji ustrojowej. Przemiany te w Rosji dla ludzi kultury okazały się o wiele bardziej traumatyczne, niż w Polsce. Gdy płonie chapanie i na gwałt bogacenie się, nikt nie dostrzega uroków zachodzącego słońca. Nowobogaccy dopiero wtedy zaczną sponsorować wysoką sztukę, kiedy do wymiotów ożrą się kawiorem i na śmierć zanudzą się egzotycznymi turystycznymi wojażami. Na pamiątkę ze spotkania mojego z geniuszem radzieckiego filmu pozostało mi wspólne zdjęcie z Wiaczesławem Tichonowem i gdzieś tam w rosyjskich archiwach filmowych propagandowy gniot polityczny o zagrożeniach amerykańskiego militaryzmu dla światowego pokoju..

Pozdrowienia serdeczne ze wspomnieniami zadusznymi o znakomitym rosyjskim aktorze księciu Andrieju Bałkońskim vel Stirlitzu – Wiaczesławie Tichonowie czytelnikom Trzosa Opolskiego przesyła Jan St.Trzos de Sagorza, Opole, 1 X 2010 r

Fragment „17 mgnień wiosny”, w którym płk. Isajew otrzymuje zaszyfrowaną depeszę.

Piosenka z filmu „17 mgnień wiosny”

1 komentarz

Filed under film