Dzieciątko w snopku. Jan St.Trzos de Sagorza

W pamięci mojej mam zakodowanych kilka realnych wydarzeń, które odbierają mi błogi spokój i mącą pogodny stan ducha. Tych straszliwych chwil, których świadkiem nie byłem, ale one się wydarzyły za życie mojego doczesnego zapomnieć nie umiem.

Bohaterami tamtych wojennych i nie wymyślonych dla potrzeb literackich wydarzeń byli członkowie mojej rodziny – mąż mojej siostry Ryszard Adamowicz i jego ojciec. Szwagier był mrukiem, nie lubił się zwierzać i przeszłość nie wiele go interesowała. Poezja nie była w kręgu jego zainteresowań, ale pewnego razu opowiedział mi tę historię, z powodu której dźwigam na swoich barkach brzemię winy i poczucie bezradności.

Stawiam siebię w tamtych okolicznościach na jego miejscu i zastanawiam się, co bym uczynił w tamtej tragicznych chwilach. Środkiem drogi w miasteczku, w którym mieszkaliśmy w czasie wojny, wojskowi z orężem w ręku i psami na smyczy prowadzili grupę ludzi zastraszonych i w trwodze spoglądających na mijanych przechodniów. Prowadzono ich razem z dziećmi i starcami na cmentarz żydowski, który znajdował się nie daleko dworca kolejowego. Za dworcem w stronę miejskich łęgów znajdował się dom rodzinny Adamowiczów. Rysiek miał wówczas jakichś 10-12 lat. Kolumna skazanych na rozstrzelanie i ich oprawcy minęli ojca z synem w tym dniu letnim, słonecznym i gorącym. Ojciec szarpnął Rysia za rękę i powiedział: „Chodźmy!”, nie chcąc komentować ani wyjaśniać synowi co się dzieje. Zresztą nie musiał tego robić. Od tygodni słychać było od strony żydowskiego cmentarza głuche salwy karabinowe i wszyscy mieszkańcy miasteczka wiedzieli, że tam strzelają Żydów. Kolumna skryła się za żeliwnymi wrotami okolonego wysokim otynkowanym murem cmentarza i życie okolicznych mieszkańców jak gdyby nic się nie stało, wróciło do normy.

Ojciec i syn kontynuowali swoją wyprawę. Dokąd szli i po co Rysiek nie pamiętał, ale to ,co nastąpiło po tych wydarzeniach, utrwaliło mu się do końca życia. Przeszli kilka przecznic i nagle Rysiek zobaczył oparty o ścianę piętrowego domku snopek zboża z kłosami pełnymi nie omłóconych ziaren. Zdziwili się obydwaj, czemu ten snopek w dodatku pełen dojrzałych kłosów został tak niefrasobliwe porzucony i leży bezpańsko na ulicy. Ojciec rozejrzał się dookoła szukając wzrokiem ewentualnego właściciela snopka, ale nikogo w pobliżu nie było. „Bierz go!”- rozkazał ojciec, ale Rysiek sam już wiedział, że znalezione się przyda. Jeśli nawet nie sterczy na mąkę do pierogów, to ziarnami z kłosów można będzie gołębie nakarmić. Podleciał do snopka i chwycił go oburącz, by go podnieść i zabrać ze sobą. Nagle jak oparzony ledwo uniesiony snopek odtrącił od siebie i z przerażeniem odskoczył od niego. Ojciec zorientował się, że musiało się stać coś nadzwyczajnego, że syn tak zareagował.

Podszedł do snopka i ręką rozgarnął kłosy zbóż. W środku porzuconego snopka, opatulone starą chustą ,starannie zamaskowane ,znajdowało się schowane przed oprawcami żydowskie dziecko. Nie kwiliło nie płakało. Instynktownie niczym młode gazeli w sawannie, porzucone na chwilę przez rodziców, schronienia, ocalenia szukało w milczeniu i ukryciu. I nadziei, że ktoś dobry odnajdzie je, zlituje się i go ocali. Rysiek z ojcem dziecka nie uratowali. W popłochu i pośpiech opuścili okolicę ,w której znajdował się snopek. Tyle lat minęło od tego wydarzenia, i od chwili, kiedy Rysiek mi tę niesamowitą historię opowiedział, a ja zapomnieć jej nie umiem. Zdaje się , że teraz u schyłku życia tylko ja jestem posiadaczem tajemnicy rodzinnej tej nieszczęsnej rodziny, tej tragicznej opowieści. Myślę nieustająco o tym nieszczęśliwym dziecku i jego wspaniałych rodzicach z nadzieją, że to dzieciątko w zbożu jednak przetrwało, że znalazł się ktoś dobry i uczynny, podniósł snopek i ocalił życie. Bo, jak twierdzą Żydzi, kto ocala jedno życie, ten ocala cały świat.

„Czemu żeście tego dzieciątka nie zabrali?”- chciałem przez długie lata takie pytanie zadać Rysiowi, ale nie zadałem. Znałem odpowiedź i znam ją teraz. Czasami stawiam sobie pytanie, co bym zrobił na miejscu Ryszarda, jak bym postąpił i co uczyniłby mój ojciec w podobnej sytuacji. Myślę też o tej tragicznej rodzinie, która prawdopodobnie w całości nie przetrwała tych straszliwych czasów pogardy i śmierci. Dlatego sądzę, ze jestem jedynym depozytariuszem tej mrocznej tajemnicy nieznanej nikomu w świecie rodziny żydowskiej. Że żyją oni tylko już w mojej pamięci. I dopóki żyją w czyjejś pamięci, to jednak żyją.

Dlatego zdecydowałem się wam, drodzy czytelnicy Trzosa Opolskiego, historię niesamowitą snopka z dzieciątkiem opowiedzieć, by żywot ten przedłużyć, utrwalić również w waszej pamięci.

Pozdrawiam Was serdecznie w wigilię Bożego narodzenia roku pańskiego 2010. Jan St.Trzos de Sagorza.

de Barbara Jeffords

Reklamy

Możliwość komentowania Dzieciątko w snopku. Jan St.Trzos de Sagorza została wyłączona

Filed under S.O.S.

Możliwość komentowania jest wyłączona.