Monthly Archives: Kwiecień 2011

Wierniejszy od psa

Kiedy zabawy ruchowe zmęczyły nas porządnie i zziajani usiedliśmy przy studni, nastąpiła raptowna i nieoczekiwana przez nas cisza. W ten czerwcowy ciepły, bezchmurny wieczór nawet psy zamilkły i nie wiadomo dlaczego zaczęliśmy rozmawiać szeptem. Zrobiło się strasznie i tajemniczo. Z pobliskiego sadu pani Wizerkaniukowej zaczęły docierać podejrzane szmery i szelesty.

link

„Dobrze, że jesteśmy daleko od jeziora”,- powiedziała Sonia Kądzielówna i zrobiło się jeszcze ciszej. „Czemu dobrze?”- odważył się zapytać Kazik Słoniewski, który ze wszystkich nas należał do najodważniejszych i duchów się nie bał. „Bo w taką noc z jeziora wychodzą Rusałki i porywają młodych chłopaków, ot czemu!”-odparowała podekscytowana Sońka. A ja, wystraszony i z wybałuszonymi oczami zapytałem cicho:”A po co im te chłopaki?”. „Jak to po co? Żeby ich potopić w wodzie”. „E, tam! Chyba chciałyby z nimi się pokochać,- rezolutnie odparował Bogdan Kądziela. „No tak, one lubią się w takie ciepłe i jasne noce kochać się z chłopcami, ale na Świętego Jana po kochaniu swoich ulubieńców topią w wodzie”- odparowała rezolutnie Frankiewiczówna. W ogrodzie za sadem przed kilkunastu lat znaleziono młodego legionistę i nie wiadomo było, czy to był mord, czy Rusałki go utopiły i przetransportowały znad jeziora na Baginsbergu do dzielnicy bogaczy. „A czy te Rusałki topią dziewczyny?-zapytała nieśmiało Marysia Słoniewska i wszyscy skierowali swoje zatroskane spojrzenia na Sońkę.

W taką napiętą chwilę nagle pootwierały się okna z okolicznych zabudowań i rozległy się z nich nawoływania powrotów do domów. Podwórko opustoszało. Zostałem przy studni sam. Nie chciałem iść do domu. Nie byłem ani głodny, ani śpiący, ani zmęczony i jakaś tajemnicza siła jakby chciała mnie unieść do góry i zmusić do fruwania, przemieszczania się po ogrodzie i podwórku bez dotykania ziemi. Stan euforii i emocjonalnego pobudzenia rozsadzał mnie od wewnątrz. Zrozumiałem, ze ta energia dociera do mnie zewnątrz, że ktoś mnie obserwuje i w tajemniczy sposób przekazuje duży jak na moje potrzeby ładunek zbytecznej, nie mającej ujścia energii. Strach mnie obleciał – rozejrzałem się dookoła. Wokół tajemnica nocy jasnej , przenajjaśniejszej ze wszystkich dotychczasowych nocy i tylko jego okrągła tajemnicza i chłodna twarz wpatrywała się we mnie ze szczególnym, jak wówczas wydawało mi się, zainteresowaniem.

Wtedy dopiero go dostrzegłem – księżyc w pełni! Przyglądał mnie się z wielkim zainteresowaniem i nie mogłem pojąć, czy spojrzenie jego, przenikliwe i uważne zwiastuje szczeniakowi pomyślność i opiekę na nadchodzące lata, czy nakazuje, bym w przyszłości tej bliższej i dalszej uważał na swoje czyny i postępki.To był pierwszy w moim krótkim ziemskim bytowaniu moment uświadomienia sobie nie istoty swojego istnienia, ale potwierdzenia, że jednak jestem, że istnieję i to świadomie. I że ten byt ktoś uważnie obserwuje i że jego nadzór trwać będzie wiecznie, jak trwa nad tymi sprzed wieków, co odeszli. Z tego somnambulicznego letargu wytrąciła mnie Alicja księżniczka Werhanowska, wnuczka byłego posłańca do wiedeńskiego parlamentu. „Przyjrzałeś mu się dobrze?- zagadnęla, kierując wzrok na księżyc. „Popatrz dobrze, a zauważysz na księżycu dwie postacie. To Kain i Abel”. Alutka była panną bardzo mądrą. Kończyła żeńskie gimnazjum na placu Karpińskiego i wszyscy wokół podziwiali jej urodę i inteligencję, zwłaszcza mój ojciec, któremu tamta odwzajemniała ciepłe i nostalgiczne spojrzenia. „Nie potrzebowała moich odpowiedzi. Ciągnęła dalej: „Ta główna postać z uniesionymi do góra widłami na księżycu, to Kain, syn pierwotny Adama. On zabił swojego brata Abla. Zabił go widłami, bo się pokłócili o to, kogo ich ojciec kocha bardziej. Teraz, za karę pokutuje zesłany przez Pana Boga na księżyc, w tej postaci – trzymając zabitego Abla na widłach. Właśnie w tej męczącej go bardzo pozie: z rękami uniesionymi do góry, na których wisi ciało zamordowanego brata”. „Widzisz ich? … zrozumiałeś?”, odwróciła się na pięcie i odchodząc zdążyła jeszcze zapytać mnie, czy jest w domu moja siostra Bronka, która doradzała młodej księżniczce w sprawach kroju i szycia. Zostałem sam.

Nie mogłem sobie poradzić z nadmiarem wrażeń, które dopadły mnie tego pięknego czerwcowego wieczoru, przy pełnym blasku pięknego i wiecznego ziemskiego współtowarzysza, który właśnie wtedy w ten bajeczny wieczór pełen niespodzianek, wybrał mnie sobie na swojego „proteże” i już tyle dziesięcioleci wiernie trwa przy mnie. Jest wierniejszy niczym przysłowiowy pies. Zawsze, kiedy tylko niebo jest bezchmurne, odnajduje mnie i śle powitalne „jestem, pamiętam o tobie, nie bój nic, wszystko będzie dobrze!”. I ja mu ufam. Posyłam wdzięczne wzajemne pozdrowienia i wiem, że to on, tylko i wyłącznie on, zachowa do końca świata pamięć o naszych spotkaniach.

Pozdrawia Was, lirycznie dziś usposobiony, Jan St.Trzos de Sagorza. Czołem. Opole, Wigilia Wielkiej Nocy, 23 IV 2011 roku.

Reklamy

Możliwość komentowania Wierniejszy od psa została wyłączona

Filed under kultura, legenda, S.O.S.

Opowiedz o Śląsku.Co znaczy być Ślązakiem.

Gazeta Wyborcza zbiera wypowiedzi na temat jak w tytule. Więc posłuchajcie, co ma do powiedzenia Nowy Ślązak. To taka kategoria mieszkańców Śląska, których przodkowie nie porodzili się na tej ziemi, ale ze Śląskiem nie identyfikują się całkowicie. Kategoria, którą nie ujmują w swoich statystykach socjologowie i ignorują politycy. I którą nikt nie pyta o zdanie, kim są lub kim chcieli by zostać. I prawdopodobnie jest to ta grupa, którą ksenofob Jarosław zalicza do swoich wyznawców, tak zwanych prawdziwych Polaków, będących w jego politycznych obrachunkach w opozycji do etnicznych Ślązaków. Kiedy więc ogłasza swoją teorię o Śląsku, liczy prawdopodobnie na bezwarunkowe wsparcie jego głoszonych w programie wyborczym poglądów. I ma rację.

Oto jeden z czołowych opolskich intelektualistów były rektor UO od dłuższego czasu ogłasza w Nowej Trybunie Opolskiej cykl artykułów o kresach. Jest to cykl opowieści, na ogół znanych i opisanych w rozmaitych publikacjach naukowych, publicystycznych i wspomnieniowych. Nihil novi! Jednak zawiera pewną polityczną kalkulację. Ma bowiem przekonać nowych mieszkańców tych ziem, że tereny (kresy wschodnie), które potracili w wyniku działań wojennych, to raj utracony. To ziemia mlekiem i miodem płynąca i teraz ,zamieszkując Śląsk, muszą o tym pamiętać, bo on im o tym ciągle przypomina. Pomija całkowicie cały wachlarz zagadnień i problemów, z którymi borykano się na wschodzie. Nie wspomina o przysłowiowej galicyjskiej nędzy, o konfliktach narodowościowych i nieustającym poniewieraniu rdzennych mieszkańców tamtych terenów. O bezrobocie, które sięgało najwyższej procentowej liczby w porównaniu do innych regionów Polski przedwojennej. Rysując obraz szczęśliwości i piękna tamtejszej przyrody, chce zatuszować prawdziwy zacofany i niesprawiedliwy i ułomny charakter układów międzyludzkich. W jakim celu człowiek ten tak intensywnie mąci tym ludziom w głowach, zamiast przemawiać do nich głosem rozsądku: „Zauważcie, jaki wspaniały dar uczynił Wam dobry Pan Bóg, wybierając na nową 0jczyznę tak wspaniały kraj, jakim jest cały Śląsk!”. On o tym nie wspomina, bo jemu chodzi o kiełbasę wyborczą. O pozyskanie głosów w zbliżających się wyborach do senatu.

Kresowiacy, łasi na tego typu pochlebstwa, pójdą za nim ,jak w dym. Wybiorą go, ale spustoszenia ,które poczyni w ich świadomości, pozostaną na następne ich pokolenia. Zamiast integrować się z nową wspaniałą ojczyzną i, korzystając z prawa urodzenia, prawa ziemi i stać się raz na zawsze prawdziwymi Ślązakami, będą rozpamiętywać przez kolejna dziesięciolecia wmawiane przez manipulatora kresowe wspaniałości. Tak więc filozofia pana Jarosława też będzie im odpowiadać. Oni rzeczywiści kojarzą prawdziwego Ślązaka z niemieckością i natężają ucho ciekawie, co mówi Warszawa – ta nacjonalistyczna, ksenofobiczna, antyeuropejska.

Powiem panu, panie Jarosławie, Ślązacy nie są proniemieccy i nie są Niemcami, ale są Europejczykami par excellence. Cecha ta wypływa z ich odwiecznych powiązań z kulturą zachodu. Z kulturą polityczną również. Upadek naszego rodzimego trybuna śląskiego Wojciecha Korfantego w wolnej i niepodległej już Polsce to świadectwo jego niezrozumienia i nieakceptowania tamtych nieeuropejskich politycznych obyczajów i gwałcenia wszelkich wysokich światowych norm etycznych i moralnych. To świadectwo zdumienia i niemożliwości dostosowania się do azjatyckiego sposobu prowadzenia walki politycznej. Do tych metod, które po dziś dzień uprawia Pan i pana namaszczeńcy, wywodzący się z Brudna i którym bliższa jest wschodnia orientalna forma sprawowania władzy. Ślązacy ,w odróżnieniu od słowianofilskiej opcji nacjonalistycznej, określanej mianem prawdziwie polskiej, są okcydentalistami. Co raz bardziej sfrustrowanymi poczynaniami Warszawki i co raz bardziej z nadzieją spoglądającymi nie w stronę Berlina, jak pan suponuje, ale w stroną Brukseli. To spoglądanie wiąże się z nadzieją na całkowitą europejską integrację, na jeden zjednoczony kontynent i jeden naród z wpisaną w kwestionariuszu sposkowym w rubryce narodowość – europejczyk.

De Sagorza kończy swoje patriotyczne dywagacje z nadzieją, że redaktorzy Gazety Wyborczej nie wystraszą się jego radykalnych poglądów i głos jego (do którego nawoływali w GW z dnia 8 kwietnia 2011 r.) i jak obiecali, zamieszczą w wyznaczonym na stronie drugiej kąciku p.t.”Opowiedz Polsce o Śląsku.

Jan St.Trzos de Sagorza, Opole, 10 IV 2011 r. Czołem.

6 Komentarzy

Filed under S.O.S.

Warszawę zaorać!

Warszawa jest źródłem wszystkich polskich nieszczęść. Nawołuję polskich z bożej łaski uczonych do zajęcia się tym nie cierpiącym zwłoki problemem. Jeśli mój aksjomat zostanie przez niektórych czytelników Trzosa Opolskiego przyjęty z aprobatą i bez dyskusji, to proszę na poparcie go zabrać głos w polemice, którą umożliwia Pani Redaktor Xantypa w końcu każdej mojej wypowiedzi. Jeśli się nie zgadzacie, a wręcz oburza Was tego typu wypowiedź, to tym bardziej proszę się wypowiedzieć, byle nie z ukrycia, cichaczem, chyłkiem, anonimowo, zadając ciosy zza węgła. Historycznie tezę tę da się udowodnić bez szczególnego wysiłku. Warszawa tak zwana Nowa powstała na północ od Starej w początkach XV wieku i była wówczas zaniedbanym opóźnionym cywilizacyjnie i kulturowo prowincjonalnym miasteczkiem, któremu nieoczekiwanie i bezrozsądnie uśmiechnął się ślepy los.
Właśnie 16 marca br. minęła 405 rocznica przeniesienia stolicy naszego państwa z Krakowa do Warszawy, bowiem dokonało się to nieszczęście w roku 1596. Zgadnijcie, kto z wrogów lub przyjaciół lub krajowych spin doktorów pamiętał o tej rocznicy? O tej rocznicy pamiętali jedynie moi kochani Rosjanie! To ich rozgłośnia TV PLANETA oznajmiła na swoich falach tę ważną dla nas i zapomnianą przez nas wiadomość o mijającej rocznicy.Nie chcę osądzać winowajcę tego tragicznego w skutkach dla całego kraju i jego mieszkańców wydarzenia, króla Zygmunta III Wazę. Jemu chodziło jedynie o to, by być bliżej Szwecji i był to na owe czasy jedyny racjonalny argument, którym się posłużył. Na pewno uwzględnił również możliwość łatwej rejterady na wypadek kolejnego, tym razem udanego rokoszu. Nasz importowany z Północy król nie uwzględnił innych bardzo ważnych czynników. Nie zasięgnął głosów doradców, a przede wszystkim mędrców, metafizyków, astronomów i astrologów, czy wybór ten sprawdzi się.
Czy wybrana na nową stolicę miejscowość posiadała odpowiednie geofizyczne uwarunkowania. Czy działają tam pozytywne prądy i fluidy przyczyniający się do tworzenia atmosfery dobroci i uczynków pozytywnych i korzystnych dla tego skołowanego i nerwowego narodu. Czy w obranym na nową stolicę obszarze nie unoszą się w powietrzu szkodliwe miazmaty, które będą przez stulecia szkodzić rządzącym w takim miejscu władcom i wymuszać na nich negatywne, pozbawione rozsądku decyzje. Czy nowa stolica zjednoczy naród i uczyni go szczęśliwym. Czy będzie stamtąd płynąć przez wieki przesłania głębokiej mądrości i świadectwa wierności narodowi i dbania o jego interesy. Czy w nowej stolicy wśród sprawujących władzę nie będzie nigdy przestępców, chapaczy, kryminalistów, oszustów i zwykłych durniów. Czy, wreszcie, podobnie do porzuconego Krakowa, znajdzie się gdzieś w pobliżu nowej stolicy emanujący pozytywną energią zbawczy czakram, który swoją pozytywną energią wspomoże rządzących i uczyni na wieki naród polski, (albo lepiej powiedzieć obywateli rzeczypospolitej), bogatym i szczęśliwym, mądrym i zapobiegliwym, tolerancyjnym i otwartym na inność i odmienność.
Tyle ważnych pytań tu i teraz postawiłem, że w tym krótkim eseju nie dam rady na wszystkie odpowiedzieć. Ale też i Wam, drodzy przyjaciele, dam chwilkę czasu, byście mogli ewentualnie zastanowić się nad zagadnieniem i przygotować się na atak.
Jan St.Trzos de Sagorza pisze o tym, co go boli, co go koli i pozdrawiając was serdecznie, prosi , a właściwie zaprasza do jego następnych rozważań, czy Warszawkę, by kraj nasz uczynić szczęśliwym i bogatym i zjednoczonym w walce ze złem – Warszawkę, tego rozsadnika wszelkich nieszczęść naszego skołowanego ludu, zaorać.
Czołem . Jan St.Trzos de Sagorza z Opola. 3 kwietnia 2011 r.
źródła ilustracji: Link Link

Możliwość komentowania Warszawę zaorać! została wyłączona

Filed under dywagacje, historia