Wierniejszy od psa

Kiedy zabawy ruchowe zmęczyły nas porządnie i zziajani usiedliśmy przy studni, nastąpiła raptowna i nieoczekiwana przez nas cisza. W ten czerwcowy ciepły, bezchmurny wieczór nawet psy zamilkły i nie wiadomo dlaczego zaczęliśmy rozmawiać szeptem. Zrobiło się strasznie i tajemniczo. Z pobliskiego sadu pani Wizerkaniukowej zaczęły docierać podejrzane szmery i szelesty.

link

„Dobrze, że jesteśmy daleko od jeziora”,- powiedziała Sonia Kądzielówna i zrobiło się jeszcze ciszej. „Czemu dobrze?”- odważył się zapytać Kazik Słoniewski, który ze wszystkich nas należał do najodważniejszych i duchów się nie bał. „Bo w taką noc z jeziora wychodzą Rusałki i porywają młodych chłopaków, ot czemu!”-odparowała podekscytowana Sońka. A ja, wystraszony i z wybałuszonymi oczami zapytałem cicho:”A po co im te chłopaki?”. „Jak to po co? Żeby ich potopić w wodzie”. „E, tam! Chyba chciałyby z nimi się pokochać,- rezolutnie odparował Bogdan Kądziela. „No tak, one lubią się w takie ciepłe i jasne noce kochać się z chłopcami, ale na Świętego Jana po kochaniu swoich ulubieńców topią w wodzie”- odparowała rezolutnie Frankiewiczówna. W ogrodzie za sadem przed kilkunastu lat znaleziono młodego legionistę i nie wiadomo było, czy to był mord, czy Rusałki go utopiły i przetransportowały znad jeziora na Baginsbergu do dzielnicy bogaczy. „A czy te Rusałki topią dziewczyny?-zapytała nieśmiało Marysia Słoniewska i wszyscy skierowali swoje zatroskane spojrzenia na Sońkę.

W taką napiętą chwilę nagle pootwierały się okna z okolicznych zabudowań i rozległy się z nich nawoływania powrotów do domów. Podwórko opustoszało. Zostałem przy studni sam. Nie chciałem iść do domu. Nie byłem ani głodny, ani śpiący, ani zmęczony i jakaś tajemnicza siła jakby chciała mnie unieść do góry i zmusić do fruwania, przemieszczania się po ogrodzie i podwórku bez dotykania ziemi. Stan euforii i emocjonalnego pobudzenia rozsadzał mnie od wewnątrz. Zrozumiałem, ze ta energia dociera do mnie zewnątrz, że ktoś mnie obserwuje i w tajemniczy sposób przekazuje duży jak na moje potrzeby ładunek zbytecznej, nie mającej ujścia energii. Strach mnie obleciał – rozejrzałem się dookoła. Wokół tajemnica nocy jasnej , przenajjaśniejszej ze wszystkich dotychczasowych nocy i tylko jego okrągła tajemnicza i chłodna twarz wpatrywała się we mnie ze szczególnym, jak wówczas wydawało mi się, zainteresowaniem.

Wtedy dopiero go dostrzegłem – księżyc w pełni! Przyglądał mnie się z wielkim zainteresowaniem i nie mogłem pojąć, czy spojrzenie jego, przenikliwe i uważne zwiastuje szczeniakowi pomyślność i opiekę na nadchodzące lata, czy nakazuje, bym w przyszłości tej bliższej i dalszej uważał na swoje czyny i postępki.To był pierwszy w moim krótkim ziemskim bytowaniu moment uświadomienia sobie nie istoty swojego istnienia, ale potwierdzenia, że jednak jestem, że istnieję i to świadomie. I że ten byt ktoś uważnie obserwuje i że jego nadzór trwać będzie wiecznie, jak trwa nad tymi sprzed wieków, co odeszli. Z tego somnambulicznego letargu wytrąciła mnie Alicja księżniczka Werhanowska, wnuczka byłego posłańca do wiedeńskiego parlamentu. „Przyjrzałeś mu się dobrze?- zagadnęla, kierując wzrok na księżyc. „Popatrz dobrze, a zauważysz na księżycu dwie postacie. To Kain i Abel”. Alutka była panną bardzo mądrą. Kończyła żeńskie gimnazjum na placu Karpińskiego i wszyscy wokół podziwiali jej urodę i inteligencję, zwłaszcza mój ojciec, któremu tamta odwzajemniała ciepłe i nostalgiczne spojrzenia. „Nie potrzebowała moich odpowiedzi. Ciągnęła dalej: „Ta główna postać z uniesionymi do góra widłami na księżycu, to Kain, syn pierwotny Adama. On zabił swojego brata Abla. Zabił go widłami, bo się pokłócili o to, kogo ich ojciec kocha bardziej. Teraz, za karę pokutuje zesłany przez Pana Boga na księżyc, w tej postaci – trzymając zabitego Abla na widłach. Właśnie w tej męczącej go bardzo pozie: z rękami uniesionymi do góry, na których wisi ciało zamordowanego brata”. „Widzisz ich? … zrozumiałeś?”, odwróciła się na pięcie i odchodząc zdążyła jeszcze zapytać mnie, czy jest w domu moja siostra Bronka, która doradzała młodej księżniczce w sprawach kroju i szycia. Zostałem sam.

Nie mogłem sobie poradzić z nadmiarem wrażeń, które dopadły mnie tego pięknego czerwcowego wieczoru, przy pełnym blasku pięknego i wiecznego ziemskiego współtowarzysza, który właśnie wtedy w ten bajeczny wieczór pełen niespodzianek, wybrał mnie sobie na swojego „proteże” i już tyle dziesięcioleci wiernie trwa przy mnie. Jest wierniejszy niczym przysłowiowy pies. Zawsze, kiedy tylko niebo jest bezchmurne, odnajduje mnie i śle powitalne „jestem, pamiętam o tobie, nie bój nic, wszystko będzie dobrze!”. I ja mu ufam. Posyłam wdzięczne wzajemne pozdrowienia i wiem, że to on, tylko i wyłącznie on, zachowa do końca świata pamięć o naszych spotkaniach.

Pozdrawia Was, lirycznie dziś usposobiony, Jan St.Trzos de Sagorza. Czołem. Opole, Wigilia Wielkiej Nocy, 23 IV 2011 roku.

Reklamy

Możliwość komentowania Wierniejszy od psa została wyłączona

Filed under kultura, legenda, S.O.S.

Możliwość komentowania jest wyłączona.