Monthly Archives: Czerwiec 2011

Willmanna w Lubiążu już nie ma.



Dopóki serce wrażliwe jest na piękno, a rozum nie zatracił umiejętności zachwycania się cudami przyrody i zmysłem artystycznym człowieka, dopóty dusza ludzka przechowywać jest w stanie młodzieńczy entuzjazm i potrzebę czynienia uczynków szlachetnych.
O, rety! Jakie wzniosłe i patetyczne zdanie. Ale sam go wymyśliłem w chwilach relaksu po odbytym kilkanaście godzin temu VII Wojewódzkim Zlocie Przodowników Turystyki Pieszej, zorganizowanym przez Regionalną Komisję Turystyki Pieszej Oddziału Regionalnego PTTK Śląska Opolskiego pod kierownictwem Danuty Konopackiej. Na pewno taka górnolotna metafora nie przypadnie nikomu do gustu, ale ja wyrażam swój własny stan uczuć po kolejnej wyprawie potwierdzającej mój czołobitny i pełen pokory stosunek do tego niezwykłego, fenomenalnego geograficznego okręgu, jakim jest Śląsk. Trzydniowa wycieczka prowadziła przez Sanktuarium św. Jadwigi w Trzebnicy, pałac Leszczyńskich w Rydzynie, Międzyrzecki Rejon Umocnień, Opactwo Cystersów w Lubiążu i szereg innych nie mniej atrakcyjnych miejscowości. Podziękowania należą się naszemu pilotowi – przewodnikowi Staszkowi Kowalewskiemu, który potrafił lakonicznie i w pełni wyczerpująco przekazać wiedzę niezbędną do zilustrowania zwiedzanych zabytków. Świętą Jadwigę z Trzebnicy zawsze darzyłem szacunkiem wielkim i kultem. Teraz poznałem miejsce jej działalności, życia pełnego poświęceń i wyrzeczeń i wiecznego spoczynku. Moja szczególna admiracja tej postaci wiąże się również z faktem, że w kilkuset metrach od miejsca jej przebywania i żywota twórczego, życie doczesne dokonał w roku 1947 ojciec mój Franciszek Trzos. Na miejskim cmentarzu znajduje się jego grób z inskrypcią: „Tu spoczywa w Bogu kawaler orderu Virtuti Militari Franciszek Trzos. Zmarł w wieku lat 45″. Zmarł przedwcześnie od ran odniesionych na Cmentarzu Lwowskim w roku 1918 i w bitwie z armią Budionnego, w której komisarzem politycznym był Stalin.. Najcięższe jednak obrażenia odniósł w roku 1945, w czasie bombardowania stacji kolejowej w Kołomyi, którą z ramienia Małopolskiej Straży Obywatelskiej miał chronić przed szabrem i zniszczeniem w czasie radzieckiej ofensywy. Odznaczony ponadto był przez dowódcę Armii Wschód gen. Rozwadowskiego honorową odznaką i dyplomem „Orlęta” i „Semper Fidelis„. Teraz po zwiedzeniu sanktuarium św. Jadwigi mam pewność, że w świecie nieskończonej szczęśliwości ojciec mój znajduje się obok św.Jadzi, a nawet czasami trzyma ją za rękę i prosi o protekcję tych modłów i próśb, które
w niebiosa kierują jego potomni. Wystroju kościoła i mauzoleum św. Jadwigi nie podejmuję się oceniać inaczej niż wyrazami pełnymi zachwytu i uznania tym, którzy się przyczynili do upamiętnienia tego świętego miejsca.
Jednak miejscem, które poraziło mnie swoją monumentalną urodą i wielkością grandioznej sztuki epoki śląskiego baroku, był Lubiąż. Po zwiedzeniu opactwa Cystersów, a zwłaszcza sali książęcej w pałacu opackim poczułem się mizerny i nikczemny niczym łebek gwoździa, przytłamszony wielkością i pięknem znajdujących się w sali dzieł sztuki i wystroju artystycznego sali. Te arcydzieła sztuki barokowej powstały za czasów panowania na Śląsku austriackiej dynastii Habsburgów i pamięć o nich i wdzięczność ludu śląskiego powinna trwać wiecznie. Ślady artystycznej działalności Habsburgów znajdują się na całym wielkim Śląsku
i aż dech zapiera myśl, że te wszystkie cuda z inspiracji możnych tworzyli ludzie przez wieki. Ale też i ludzie przyczynili się po wojnie 1941 roku do unicestwienia tych niezwykłych darów boskich. Zastanów się teraz czytelniku, co zmusiło człowieka przybyłego po wojnie na te tereny do tak barbarzyńskiego stosunku do arcydzieł sztuki, by prawie cały dorobek kulturowy wielu pokoleń Ślązaków obrócić w perzyną. Co nimi powodowało ,by bezmyślnie niszczyć wystrój pięknych gotyckich kościołów, palić piękne pałace i puszczać z dymem okazałe budowle i domy. Nie wszystko można zwalić na kark radzieckich żołnierzy, którzy w rozliczeniach wojennych stają się kozłem ofiarnym i obarczani są zniszczeniami w substancji materialnej śląskiej i zabytkach sakralnych i świeckich. Klasztor Cysterski ocalał z pożogi wojennej. Nawet po wałęsowskim zwycięstwie Rosjanie opuszczali Lubiąż w stanie godnym podziwu. Sami zniszczyliśmy zespół klasztorny Cystersów w Lubiążu. Miejsce, w którym tworzył przed trzystoma laty wielki śląski barokowy światowej klasy artysta Michael Willmann (1630 – 1706) i w którym do czasów przejęcia władzy przez Polaków trwało w najlepsze, cudem i wolą boską uchronione przed zniszczeniem, zostało poza kilkoma salami, doszczętnie przez tak zwanych rodaków doprowadzone do całkowitej ruiny. Poeta rosyjski Iwan Niekrasow tak pisał o takich ludziach: „Wandale, dzika zgraja pijaków. Zdolnych jedynie do zniszczeń, a nie tworzenia!”. Myśmy sami dokonali tych zniszczeń i teraz nie wystarczy głowę popiołem posypać. Tych czynów barbarzyńskich dopuściły się tysiące, w tym przedstawiciele tak zwanej władzy ludowej, reprezentowanej przez matołów spod znaku chronionego przez czerwoną gwiazdę, jak i światłych przedstawicieli kultury i sztuki, takich jak Stanisław Lorentz, który znając już zakres powojennych granic Polski, dopuścił się przestępstwa na wielką skalę, szabrując z Lubiąża na wielką skalę obrazy Willmanna.
W zniszczonym całkowicie po wojnie kościele Cystersów, w którym pochowany jest genialny twórca, a który jest doszczętnie ogołocony ze wszystkiego, co kiedyś posiadało artystyczną
i materialną, wiatr hula. A w nawie bocznej oparta o ścianę stoi osierocona po wielkim obrazie Willmanna okazała, dzieło same w sobie, rama barokowa. Czeka na warszawskich szabrowników z zaproszeniem: „Weźcie mnie do siebie, bo obraz, który we mnie był, jest
w waszych warszawskich zbiorach”. Z tego właśnie zdewastowanego po wojnie kościoła Warszawka zrabowała kilkadziesiąt obrazów Michaela Willmanna. Piszę o tych tysiącach, co niszczyło i rabowało śląskie zabytki i przedmioty kultury materialnej, bo cierpię za te tysiące
i wołam do nich po przez wieki: „Po cóż to uczyniliście?! Bodajbyście wieki za to cierpieli
w najcięższych piekielnych męczarniach!”. Takie właśnie niewesołe refleksje naszły mnie w ten dzień turystycznie powyprawowy. Darujcie mi, proszę tych, co są oburzeni gorzkimi moimi słowami i dziękując tym, co mnie rozumieją i wspierają. Płacz nic tu nie pomoże! I lament nad rozlanym mlekiem. Ale każdy z nas, utożsamiający się ze Śląskiem, któremu drogie jest dziedzictwo kulturowe tej wspaniałej, historycznie i cywilizacyjnie wyprzedzającej starą zapyziałą ojczyznę, niech się otrzęsie i zaprotestuje: „Zostawcie nam nasz Śląsk. Przestańcie go niszczyć! My sami w swojej zaradności i autonomii samorządowej porodzimy sobie
z problemami i obronimy swoją kulturową niezależność!”. Michaela Willmanna już w śląskim Lubiążu nie ma. Są jedynie jego nieliczne ścienne freski, a w podziemiach doczesne szczątki, przewrócone ze zgryzoty na bok. Drogi Michaelu, wiemy. Tu już swoimi dziełami nigdy nie powrócisz, ale dzięki działaniom ludzi dobrej woli może da się uchronić spokój miejsca twojego wiecznego spoczynku. A jak dobrze pójdzie, to być może przywrócić do stanu używalności to wspaniałe miejsce, świadectwo kulturowego liderowania cofniętej w rozwoju kulturowym Europy Wschodniej.
De Sagorza pozdrawia swoich czytelników i prosi łaskawie o wypowiedzi na temat esseju pt. „Willmanna w Lubiążu już nie ma”. Czołem.
Opole, 20 czerwca 2011r.

Lubiąż – fresk Willmana w jadalni opata-autor Ryszard Biskup, źródło: 
http://www.polskiekrajobrazy.pl/
Reklamy

Możliwość komentowania Willmanna w Lubiążu już nie ma. została wyłączona

Filed under S.O.S.

Stalingrad – Moskwa, Szołochow III

Właściwie, kolejna opowieść o przygodzie wołgogradzkiej z Szołochowem winna się nazywać Władimir Etusz. To on bowiem, znakomity radziecki aktor filmowy, ma zostać kolejnym bohaterem mojej opowieści na temat nienapisania przez Szołochowa „Cichego Donu”. Zasługuje na to jak najbardziej. Znany jest w Polsce z wielu filmów fabularnych i wtenczas, kiedy wyjeżdżałem do Wołgogradu, oglądaliśmy z moim małym synkiem radziecki film pt.”Iwan Wasiliewicz zmienia zawód”. Pamiętam radość i śmiech dziecka w czasie oglądania filmu, w którym jedną z ról grał właśnie Władimir Etusz. Ilekroć bowiem gościłem w dawnym ZSRR, spotykały mnie tam przygody i to prawie zawsze radosne i ciekawe z elementami niespodzianek i małych przygód. Tak było i tym razem. Chociaż nie dokończyłem tej poprzedniej opowieści, kiedy rektor Uniwersytetu Wołgogradzkiego Zagorulko naskarżył na mnie do własnego Ministerstwa Edukacji, a tamci z kolei złożyli donos na mnie do polskiego konsula w Ambasadzie Polskiej w Moskwie. Chodziło o to, że w rozmowie z radzieckimi asystentami i adiunktami uniwersyteckimi w akademickiej kuchni nieopatrznie wypowiedziałem opinię o tym, że to nie Aleksander Szołochow napisał opowieść o dońskich kozakach „Cichy Don”. Leciałem więc wezwany do ambasady na poważną opieprzającą mnie rozmowę, nie mając pewności, czy nie zostanę ukarany pozbawieniem stypendium naukowego na wołgogradzkim uniwersytecie i karnie odesłany do kraju. Sięgnijcie , kto ciekaw i nie jest obeznany z tematem, do moich wcześniejszych emocjonalnych wynurzań, wydrukowanych w Trzosie Opolskim, pt. „Szołochow nie napisał powieści Cichy Don”. W dodatku eskortowałem w powrocie do Polski chorą studentkę Bogusię Herok, której stan zdrowia nie pozwolił kontynuować studiów w Wołgogradzie. Stan aury nie pozwalał wystartować samolotom, bo w nocy spadł listopadowy deszcz, a rano chwycił mróz i wszystkie samoloty oblodzone pokornie oczekiwały na lotną pogodę. Spędziliśmy więc na wołgogradzkim terminalu dwa dni i właśnie w tym drugim dniu spotkała mnie ta fantastyczna moja przygoda w Władimirem Etuszem. Spacerowaliśmy z Bogusią zmęczeni oczekiwaniem na odlot po pomieszczeniach terminalu i nagle w jednym z korytarzy napotkaliśmy innych pasażerów, starszego pana w towarzystwie młodej pani, żywo ze sobą rozmawiających. Czasu na rozpoznanie było nie wiele, kilkanaście kroków, ale zdążyłem go rozpoznać – przede mną szedł niezwykle popularny w całym Związku Radzieckim aktor filmowy Władimir Etusz, którego przed moim wyjazdem do Wołgogradu podziwialiśmy w filmie o carze Iwanie Groźnym z Tomkiem i zaśmiewaliśmy się nad jego tam wyczynami. Jako przykładnie wychowany Europejczyk, mijając znakomitego artystą, ukłoniłem się grzecznie i powiedziałem po rosyjsku „zdrawstwujtie”. O dziwo, reakcja Etusza nie była szablonowa. Nagle się zatrzymał przed nami i patrząc mi w oczy, zapytał wprost:”Wy mienia znajetie?”.(Pan mnie zna?). „Znaju (znam Pana), – Wy Władimir Etusz!”.

c.d.n. De Sagorza zaprasza na ciąg dalszy tej przygody. Dalibóg nie spodziewacie się, jaki nieoczekiwany obrót po tym powitaniu nastąpił i czym przygoda się zakończyła. Czołem. Spotkamy się przy kolejnym odcinku, jeśli ten was zainteresował. Jan St.Trzos de Sagorza pozdrawia Was, z nadzieją ,że ciekawość świata nigdy Was nie opuści. Opole ,15 VI 2011 r.

Możliwość komentowania Stalingrad – Moskwa, Szołochow III została wyłączona

Filed under S.O.S.