Monthly Archives: Maj 2012

Buty wysoko sznurowane. Jan St.Trzos de Sagorza.

Działo się to późną wiosną, albo w początkach lata na Pokuciu. W kuchni przy naftowej lampie ojciec czytał o przygodach Kmicica, a cała rodzina z napiętą uwagą wsłuchiwała się w niezwykłe i zajmujące opisy z dziejów zamierzchłych, historycznych. Wprawdzie obydwie córki same mogły przeczytać lekturę, bo miały już po 11 i 9 lat, jednak wolały, by robił to tata. Wtem z ciemności nocy ktoś nieśmiało zapukał do drzwi wejściowych. Czasy były niebezpieczne – trwała drugą wojna światowa. Ojciec odłożył książkę i spojrzał na mamę: „Ktoś puka?”. „Idź zobacz kto to”. Tata Franciszek zagiął stronicę w książce i skierował się do drzwi. Przez sień i otwarte drzwi do kuchni słychać było tłumioną i cichą rozmowę. Tata wszedł do kuchni :”To hrabia Werhanowski. Gdzie masz klucze od domku przy drodze?” i zaczął je szukać w szufladzie kuchennego stołu. Mama zdziwiona tak późną wizytą sąsiada, zapytała o co chodzi, lecz ojciec odpowiedział, że jej później o wszystkim opowie. Wrócił ze spotkania z sąsiadem i usiadł ponownie do książki, do czytania, ale sprawa się rypła. Atmosfera pękła i widać było po ojcu,że jest czymś poruszony. Mieszkaliśmy wówczas niedaleko dworca kolejowego, przy ulicy Wilsona w domku jednorodzinnym. Na naszej parceli tuż za furtką stał wybudowany z cegły za austriackich czasów jednoizbowy domek z podpiwniczeniem, z którego nie korzystaliśmy, a który za Austrii był prawdopodobnie sklepikiem ,bądź punktem usługowym krawieckim lub szewskim. Co zaszło w tamten pamiętny wieczór siostry dowiedziały się po kilku dniach. Nas, chłopaków dwu i trzyletnich, sprawy te nie interesowały. Tajemnicy jednak ukryć się w rodzinie nie dało. Pan Werhanowski, zacny i prawy człowiek, przedwojenny miejski radny, przyszedł był w tamten wieczór „potopowy” prosić rodziców o udzielenie ukrywającej się żydowskiej rodzinie, pani Kantorowej i jej dwóm córkom, schronienia. Argumentował, że u nich warunków do ukrywania nie ma, a nasz domek pusty stoi i jest w sam raz.Ojciec nie pytając mamę o zgodę wręczył klucze hrabiemu z prośbą by zachować sprawę w tajemnicy i żeby użytkownicy zachowywali się ostrożnie. Na tym stanęło. Rodzice  wiedzieli ,ze jest to sprawa niebezpieczna, ale nie wiedzieli, że może grozić śmiercią ukrywającej się rodzinie i udzielającym tego schronienia właścicielom posesji. Pani Kantorowa z córkami z wdzięcznością przyjęli pomoc i w wielkiej tajemnicy przed sąsiadami i znajomymi swoimi i naszymi ukryli się w małym domku. Trwało tak przez kilka tygodni, bądź miesięcy. Codziennie, kiedy ojciec  udawał się na służbę na kolei o godzinie piątej rano, pani Kantorowa oczekiwała już na niego i tata oddawał jej swoje przygotowane przez mamę drugie śniadanie. Robił to w tajemnicy przed żoną, bo w domu nie przelewało się i jego Marysia robiła by mu wymówki, że jest chudy i nie dba o siebie. Tragedia nastąpiła w piękny letni słoneczny dzień. Od strony ogrodów przez sad do naszego podwórka zbliżała się grupa uzbrojonych mężczyzn w mundurach. Ojciec był w pracy. Mama wyczuła zagrożenie i wyszła na przeciw  grupie uzbrojonych mężczyzn. „Gdzie masz swoich Żydków, ty stara wiedźmo? „- ryknął prowadzący ukraińskich policjantów przełożony. Mama znała z widzenia tych ludzi, zwłaszcza dowodzącego. Zastąpiła im drogę i poprosiła:”Nie róbcie im krzywdy!”. „Usuń się, bo i ciebie spotka ten sam los!”- wrzasnął przewodnik i ostrym ruchem odtrącił Trzosową. Matka upadła, córki zaczęły głośno płakać. Chłopaki pouciekali i pochowali się ze strachu gdzie się dało. A tamci skierowali się wprost do austriackiego domku. Pani Kantorowa dostrzegła przez okno zbliżający się uzbrojony oddział. Dzieciom kazała zostać w pomieszczeniu i sama wyszła śmierci na spotkanie. Zapewne chciała wybłagać u oprawców zlitowanie dla córek, ale nie zdołała zdania wypowiedzieć. Dowódca idąc w jej stronę rozpiął  kaburę pistoletu, wyciągnął broń i mierząc do młodej matki nacisnął na spust. Rozległy się strzały. Nie było próśb, lamentu, wrzasku. Kantorowa, jeszcze młoda i elegancka Pani, śmierć przyjęła z godnością. Wyszła jej na przeciw,na stromy kilkustopniowy próg domu z wysoko uniesioną głową. Córki pozostały wewnątrz. Tam, na tych betonowych stopniach dosięgły ją strzały przewodnika. Upadła głową w dół z nogami ułożonymi w stronę drzwi na schodach. Dowodzący chowając pistolet do kabury wskazał gestem konwojującym go policjantom, by udali się do pomieszczenia i „dokończyli robotę”. Dziewczynki Pani Kantorowej zastrzelono wewnątrz. Egzekutor, jak wspominała mama, nie okazywał w czasie trwania tej straszliwej sceny żadnych emocji i na odchodne, przechodząc obok całkowicie sparaliżowanej Trzosowej i jej córek, powiedział: „I masz szczęście, że myśmy to zrobili, a nie SS, bo Ciebie i twoją rodzinę spotkało by to samo!”. Mamie mojej i siostrom scena ta makabryczna powracała na jawie i we snach przez całe ich dorosłe życie, ale nigdy nie chciały o tym mówić. Nazwisko oprawcy, ukraińskiego policjanta, czy żandarma zapamiętała mama do końca życia i często go wymieniała, ale nie zapamiętałem go. Nie myślałem, że będzie mi kiedykolwiek przydatne. Na kilka lat przed śmiercią mojej siostry Czesi sprowokowałem rozmowę  na temat tej egzekucji i ich przeżyć  z nią związanych. Ani starsza siostra Bronka, ani młodsza od niej o dwa lata Czesława nie chciały tego tematu podejmować, mówiąc, że są to ich najtragiczniejsze wspomnienia i one do nich powracać nie chcą. Chciałem jednak wyciągnąć od Czesi kilka szczegółów na temat tamtego okropnego wydarzenia, bo Bronka już od kilku lat nie żyła, jednak moje wysiłki były nadaremne. Jednak uprosiłem ją, twierdząc, ze muszą zostawić świadectwo tamtych okropnych czasów i utrwalić pamięć o tej tragicznej rodzinie. Siostra potwierdziła, że razem ze starszą siostrą Bronką i matką były naocznymi świadkami tamtego dramatu. Nie było im lekko i nie można było  wspomnień tych niezatartych pozbyć na przykład po przez rozmowę z psychologiem, bo czegoś takiego nie praktykowano i nie znano. Ale co czuła, zapytałem. Czy płakała wtenczas, jak to się działo, czy było jej żal Kantorowej i jej dwóch córek. Nie chciała , nie mogła na to odpowiedzieć. Długo milczała i wreszcie, by się ode mnie odczepić powiedziała:” Nie pamiętam czy płakałam, czy żal mi było zastrzelonych. Pamiętam jedynie, że Pani Kantorowa, zastrzelona tam na tych schodach miała na sobie piękne nowe wysoko sznurowane buty”. Jan St.Trzos de Sagorza. Opole , 4 maja 2012 r.
Reklamy

2 Komentarze

Filed under S.O.S.