Szewc z fasolą na szydle. Jan St.Trzos de Sagorza.

Michał Pewzner, tak się pisał w polskich dokumentach, nazywany był przez sąsiadów Mojsio. Był szewcem. W początkach niemieckiej okupacji pracował w swojej szewskiej pracowni jak za czasów przedwojennych.  Zmiany jednak następowały raptownie. W miasteczku wokół synagog i zaczęto tworzyć getto, które wnet otoczono wysokim murem i przesiedlono do niego prawie wszystkie rodziny żydowskie.
Pracownia szewska została zlikwidowana. Mojsia już w niej nie było. Trafił do kołomyjskiego getta. Do najbliższego szewca było daleko, bo inny szewc, niemy Kataryńczuk, przyjmował interesantów w dzielnicy Baginsberg.
Droga daleka, a przed wojną kto miał dobre buty, był panem. Większość okolicznych wieśniaków i biedota całe lato, jesień i wiosną chodzili boso. Brak usługi szewskiej okoliczni mieszkańcy odczuli dotkliwie. Wspominali z nostalgią czasy, kiedy za grosze można było u Pewznera podreperować stare trepy.
Michał Pewzner był naszym sąsiadem i można by powiedzieć, że łączyły go z ojcem stosunki przyjaźniane. Mijały tygodnie i miesiące. Pewnej nocy, kiedy ojciec jak co dzień kierował się do pracy, z ciemności wyłoniła się wychudzona i wymizerowana postać szewca. „Panie Franz  (tak z austriacka go nazywał), to ja, proszę się nie lękać!”. W ciemnościach trudno było go rozpoznać: twarz
zarośnięta, liche ubranie obwisłe, trzęsące się ręce.”Nic w ustach nie miałem od kilku dni. Czy mógłby mnie Pan wspomóc?”. Tata całe zawiniątko, co mu mama przygotowała na drugie śniadanie oddał szewcowi. Od tego nocnego spotkania  ojciec regularnie, kiedy miał służbę, wspomagał naszego szewca – dzielił się drugim śniadaniem, lub w całości je mu oddawał. Trwało tak dość długo, aż pewnej nocy Pewzner się nie pojawił. Zamiast niego na spotkanie śniadaniowe przychodzić zaczęli inni współbracia Michała Pewznera. To od nich dowiedział się ojciec, że szewcowi powiodło się, bo został złapany w łapance i  jako doskonały fachowiec nie został rozstrzelany, ale wysłany do lagru pracy w nieznanej nikomu miejscowości Auschwitz. Jednak spotkania z proszącymi o wspomożenie nie ustały. Na jego miejscu pojawili się
inni, którzy wiedząc o przychylności i życzliwości pana Franza, prosili łaskawie o odrobinę jakiegokolwiek jedzenia. Nie pozostawali dłużni. Potrafili się odwdzięczyć, czym popadło. I chociaż Franciszek wzbraniał się od tych szczerych gestów wdzięczności, to część z nich trafiła do domu, do rodziny. Pamiętam, że jeszcze w Opolu na Waryńskiego 28, gdzie mieszkaliśmy w budynku na piętrze obok garażów
Wojewódzkiej Rady, zachowały się dwa złote ząbki, które dostał był
ojciec od ludzi, których wspomagał w mrocznych czasach wojny.
Te ząbki trzymała matka w swoim skarbniku, fioletowym woreczku z pamiątkami rodzinnymi i odznaczeniami wojskowymi i cywilnymi ojca. Ząbki prostokątne o wielkości 2-ch cm i szerokości 7-8 ml z wybitą puncą jubilerską z czasem poczerniały i dawno przestały udawać prawdziwe złoto. Jednak stanowiły materialny dowód szlachetnej i wspaniałej postaci mojego ojca, który całe swoje życie przeżył ponad standardy człowieka poczciwego.  Straciłem go w wieku 6-ciu lat. Zmarł w roku 1947, w wieku 45 lat od ran odniesionych w „Obronie Lwowa i Kresów Wschodnich”, jak podaje generał T.Rozwadowski na dyplomie „Orlęta” i od ran odniesionych na posterunku na stacji PKP w czasie rosyjskiej ofensywy. Pochowano go obok kaplicy na cmentarzu miejskim w Trzebnicy.
Michał Pewzner szczęśliwie przetrwał holokaust i tuż po wojnie wrócił do naszego miasteczka,i pierwsze kroki skierował do naszego ojca.
Rodzina udostępniła mu domek austriacki, w którym urządził sobie pracownię szewską. Domek ten, w którym zginęła pani Kantorowa i jej córki, opisałem w eseju „Buty wysoko sznurowane” Kto ciekaw, nie sięgnie po jego treść w Trzosie Opolskim. W tym domku po szczęśliwym powrocie z Oświęcimia, pan Pewzner rozpoczął na nowo swoją rzemieślniczą działalność. Tam mnie tuż po wojnie do niego posyłała przez jakiś czas moja mama z poczęstunkiem – smażoną rybą, bądź kociołkiem zupy, lub innym jedzeniem. Zapamiętałem jednak scenę z fasolą jasiem, kiedy omaszczoną tłuszczem w garnku zaniosłem do jego pracowni. Miałem wtedy 4 lata, a pamiętam jak gdyby to wydarzyło się wczoraj. Pan Pewzner nie miał widelca, albo nie chciało mu się po nie
go sięgać i przerywać pracę. Więc te moje przyniesione duże fasole wyjadał z garnka szydłem. Bardzo mi tym zaimponował. Teraz, gdy tylko natrafi się okazja do fasolki, sięgam po szydło, które na tę okazję specjalnie trzymam i wracam pamięcią do lat dziecięcych.
To wtedy wydarzyła się jeszcze inna z nim przygoda. Szewc ze smakiem częstował
się fasolką, a ja oczu nie mogłem oderwać od jego ręki. Rękawy pana Pewznera były podwinięte i na jednej z nich zobaczyłem tatuaż. „Po co Pan wytatuował sobie te literki?” zapytałem zaciekawiony. Pan szewc odłożył szydło, spojrzał na mnie gniewnie i przez dobrą chwilę nie odzywał się i fasolą się nie interesował. Milczał długo, aż się
zaniepokoiłem, że się na mnie pogniewał, a ja nie wiedziałem za co. Wreszcie po długim namyśle, by mnie udobruchać odpowiedział:”To nie są literki, tylko cyferki!. Nie podobają się tobie?” „No nie!”-odpowiedziałem śmiało. „A czemuż to?”-już łagodniej, bez złego błysku w oku  zadał kolejne pytanie. „Bo inni mają wytatuowane
motylki, albo kotwice, a Pan sobie dał wytatuować jakieś cyferki”- odpowiedziałem rezolutnie. Odpowiedzi nie otrzymałem i urażony na brak odpowiedzi opuściłem pracownię Była to moja jedna z ostatnich wizyt u szewca. Po kilku dniach od tego wydarzenia pan Pewzner przyszedł do nas pożegnać się i podziękować za wszystko, co rodzina dobrego dla niego uczyniła. Wyjeżdżał jednym z pierwszych eszalonów, który wywoził Kresowiaków w nieznane, Na nowe dalekie Kresy, ale tym razem
Zachodnie. „Do rodziny Pan wyjeżdża?” – zapytał ojciec. A Pewzner znowu zamilkł, jak wtedy, co jadł moją fasolę. I tata prawdopodobnie się domyślił ,że popełnił niezręczność.
Nikt z jego rodziny się nie uchował. Został na tym świecie sam, jak palec. „Może się spotkamy w tej nowej Polsce? My też lada dzień bądź tydzień wyjedziemy” –
powiedział ojciec na pożegnanie. Ojciec na nowych ziemiach Michała
Pewznera nie odnalazł i prawdopodobnie nie miał czasu, ani głowy wtenczas, by się tym zająć. Ząbki złote, które stanowiły cenną rodzinną pamiątkę z czasów tamtych i przypominały mnie osobiście końcówkę wojny i światłą pamięć mojego ojca, zostały w roku 1963 z Wrocławskiej skradzione. Skradł je syn opolskiego milicjanta i chociaż nie miały żadnej absolutnie wartości jubilerskiej, dla mnie stanowiły najcenniejszą pamiątkę o ojcu. Tych pamiątek już odzyskać się nie da, ale być może będę mógł  utrwalić w pamięci moich potomków w słowie pisanym  pamięć o o moim ojcu, a ich przodku i znakomitym szewcu Michale Pewznerze.
Wydarzenia tu opisane autentyczne są i bohaterowie prawdziwi. Pozostał po nich już tylko ślad w mojej pamięci.
Jan  St.Trzos de Sagorza. Opole 30 XI 2012 r.
 P.S. Ojciec do pracy na PKP wyprawiał się jakoś w środku nocy. Myśmy
wszyscy mocno spali, kiedy mama zrywała się z pościeli i richtowała
tacie posiłek i suchy prowiant na drugie śniadanie. W ciemną noc
ojciec zabierał swój kuferek, całował mamę w policzek i udawał się na
służbę.
W czasie niemieckiej okupacji na Pokuciu, polscy kolejarze zobowiązani
byli pełnić swoje obowiązki zawodowe i za swoją pracę otrzymywali
wynagrodzenie. Ojciec Franciszek wywiązywał się ze swoich obowiązków
należycie, jak za Polski przedwojennej. A pracownikiem był gorliwym i
nad miarę solidnym. Druga Rzeczypospolita w roku 1939 wyróżniła go
srebrną odznaką „Za długoletnią służbę”. Był jednym z pierwszych
kolejarzy miasteczka, który tę odznakę otrzymał. Medal ten ustanowiony
został przez sejm rok wcześniej w XX rocznicę odzyskania
Niepodległości. Więc i za Niemców pracę tę wykonywał nienagannie.
Ale czasy były inne, trwała wojna.
Reklamy

1 komentarz

Filed under S.O.S.

One response to “Szewc z fasolą na szydle. Jan St.Trzos de Sagorza.

  1. bogna

    Panie Janie z ogromną przyjemnością czytam te autentyczne opowiadania. Jest to dla mnie ciekawa lekcja historii. Podziwiam Pana zapał i odwagę w pisaniu artykułów.Zyczę wielu inspirujących artykułów.Pozdrawiam.