Monthly Archives: Grudzień 2012

Kola Nesterowicz (suplement opolski). Jan St.Trzos de Sagorza

fot. Mikołaj Nesterowicz "Druga płeć, trzeci świat"

fot. Mikołaj Nesterowicz „Druga płeć, trzeci świat”

Ciemna noc po dwunastej. Gwar i hałas studencki w akademiku przy
Katowickiej w Opolu powoli się wycisza. Gdzieniegdzie w oknach jeszcze
pali się światło, ale nie z powodu gorliwych studentów,
przygotowujących się do zajęć. W małych pokojach jedynego akademika
ówczesnej WSP, w których mieszkało po pięciu – sześciu studentów,
przygotowywać się do zajęć nie było możliwe. Akademik był na tamte
czasy jeszcze bezimienny, bez nadanej mu późniejszej po konkursie
nazwy „Mrowisko”. Jeśli więc w nocy w oknach świeci się światło, to
prawdopodobnie studenci albo balangują, albo grają w brydża. W pokoju
nr 347 na trzecim piętrze męskiej połowy bursy grupa studentów 1-go
roku rozgrywa kolejnego robra. W całym kraju w tamtych wesołych
gomułkowskich czasach akademiki nie były koedukacyjne. W opolskim
akademiku lewa strona była męska, prawa żeńska, a po środku hallu
cerber-portierka czuwająca nad moralnością studencką. Za oknem
popaduje drobny deszczyk. Kiedy namiętności walki karcianej sięgają
zenitu, nagle do okna rozlega się pukanie. Na trzecim piętrze! Zalega
całkowita cisza… zdziwienie, a nawet przerażenie. Czy to słuchowa
halucynacja, czy kawał jakiś, czy diabeł przyfrunął do opolskich żaków
z cyrografami do podpisu? Siedzimy osłupieni i wystraszeni, nie
wiedząc co począć. Wreszcie Bolek Buriak mówi do Michała Dzwinki, co
siedział najbliżej okna, żeby to okno wreszcie otworzył. Czekamy w
napięciu, co się z tego okna wyłoni. Z okna, które na szczęście
otwierało się do wewnątrz. Powiew świeżego powietrza wdarł si e do
środka pełnego dymu tytoniowego i zaduchu, a z tej ciemności wyłoniła
się postać trochę do diabła podobna. „Chłopaki macie papierosa?”-
spokojnym głosem odezwała się postać. Wszyscy zaczęli nerwowo
przeszukiwać własne kieszenie i szafki nocne, by jak najrychlej
spełnić życzenie gościa, nie wiedząc do końca, czy mają do czynienia z
istotą boską, czy z siłą nieczystą. Papierosy się znalazły, ale gość
poczęstował się tylko jednym, poprosił jeszcze o ogień i dziękując
wszedł ponownie na parapet okienny, z niego na dzielący poziomo na
trzecim piętrze akademika gzyms i skrył się w ciemnościach. Ochota do
kontynuowania gry odeszła nas całkowicie. Siedzieliśmy w ciszy przez
jakąś dobrą chwilę, zanim zaczęliśmy zjawisko komentować. „Zobacz
Leszku, czy nie leży pod oknami, czy nie spadł?”- wykrztusił Janek T.
Gościem, który odwiedził nas w tę deszczową ciemną noc okazał się być
znakomity w przyszłości polski operator filmowy Mikołaj(Kola)
Nesterowicz,  wówczas znany i podziwiany i lubiany student filologii
rosyjskiej, wśród braci studenckiej zwany Mikim. Miki vel Kola zanim
został sławnym i znanym w całym kraju wielkim operatorem i twórcą
znakomitych filmów autorskich dokumentalnych, studiował w na naszej
uczelni. W akademiku w pamiętną noc brydżową jego pokój-pojedynka
znajdował się pod numerem 348. To  stamtąd, w deszczową ciemną noc
odważył się był zrobić nam taki cudowny niezapominalny kawał. Był
znany również z tego, że ze snu budził się wczesnym rankiem i by
dokuczyć śpiochom, wychodził ze swojego pokoju 348 i spacerując po
korytarzach męskiej połowy akademika wydzierał się po białorusku: „A
nas rano mati obudiła i tichuju piesniu zanutiła !”   Ponadto pokój
swój Miki przekształcił w pracownię artystyczną malarską i trzeba
dodać, że jego malarstwo nosiło cechy sztuki wielkiej. Kiedy odchodził
z uczelni opolskiej z tytułem magistra, wiedziałem, a właściwie
przeczuwałem, że takiej klasy artystyczna osobowość do szkoły na
nauczyciela się nie nadaje. Wróżyłem mu karierę znakomitego malarza i
byłem zdumiony po latach, kiedy jego nazwisko stało się znane i
popularne, ale nie jako plastyka, ale właśnie filmowca, autora około
300 autorskich filmów dokumentalnych i laureata przeszło 80 rozmaitych
krajowych i międzynarodowych nagród za jego twórczość filmową
artystyczną. Esej mój w podtytule określiłem słowami SUPLEMENT
OPOLSKI, bowiem w poświęconym Mikołajowi Nesterowiczowi (Koli)
dokumentalnym filmie biograficznym wyemitowanym w pierwszy dzień świąt
Bożenarodzeniowych a.d. 2012 nie wspomniano ani słowem o jego opolskim
epizodzie. Chciałbym tym moim krótkim wspomnieniem braki te w jego
życiorysie uzupełnić i przekazać mu w zaświaty wiadomość,że my tu w
Opolu o nim Wielkim Oryginale, cudownej opanowanej weną twórczą
postaci pamiętamy i myślę, że pamięć o Mikołaju Nesterowiczu uchowała
się nie tylko w mojej pamięci.Więc może wypowiadam się również w
imieniu jego innych starych przyjaciół, którzy pośpieszając do mety, z
nostalgią oglądają się za siebie, w czasy minione, przywołując z
tamtych czasów obrazy bajeczne niczym kolorowe wizje Marca Chagalla.
Opole, 25 XII 2012 r.

Jan St.Trzos de Sagorza pozdrawia swoich
czytelników i w nowym 2013 roku życzy im zdrowia i wszelkiej
pomyślności. Czołem.

Reklamy

Możliwość komentowania Kola Nesterowicz (suplement opolski). Jan St.Trzos de Sagorza została wyłączona

Filed under S.O.S.

Dezerter i siostra. Jan St. Trzos de Sagorza

Scena ta tkwi w mojej pamięci jak pestka w śliwce. I nie wiem, czy
jest to obraz rzeczywisty, utrwalony w pamięci trzyipółlatka, czy
fantazja dziecięcej wyobraźni. Kiedy nieraz w rodzinnych biesiadach
opisywałem swoje wspomnienia dziecięce, mąż mojej starszej
siostry Mikołaj bardzo się denerwował, twierdząc, że nie mogę scen
takich pamiętać, bo byłem za mały, by mi się one utrwaliły. Milkłem
zażenowany, a w sercu pogniewany, że tak obcesowo przy wszystkich
oskarża mnie o zmyślanie. Jednak i on reflektował się, że obrazy,
które odtwarzałem z pamięci, działy się w rzeczywistości i nie są
powtórkami tylko oryginalnymi i ciekawymi opisami czegoś, co wydarzyło
się naprawdę. Jednak jego upominanie mnie, że zmyślam, zostawiły na
długie lata trwały ślad w mojej psychice i zasiały niewiarę w siebie i
mały kompleks niepełnej wartości.
Wracam więc do tej, wspomnianej na wstępie sceny. Ciepły letni
niedzielny dzień w okresie dojrzewania kukurydzy. Ojciec w odświętnym
kolejarskim mundurze, bez odznaczeń, bo trwała wojna, ale z przypiętą
srebrną dewizką i wiszącym od guzika breloczkiem w towarzystwie całej
rodziny, t.j. żony i czwórki dzieci, kieruje się w stronę jeziora,
gdzie ma się odbyć festyn ludowy, albo zwykła towarzyska przechadzka w
chwilach pauzy wojennej w przeddzień rosyjskiej ofensywy na Pokuciu.
Mama w jasnej sukni z falbankami wokół piersi i podwójną baskinką
poniżej pasa, z parasolką od słońca w ręku. Córki wystrojone w
najładniejsze sukieneczki i chłopaki w granatowych aksamitnych ubrankach z krótkimi
nogawkami. Scena rodzinna jak z obrazków okresu wiedeńskiego
biedermeieru.  Idziemy w stronę jeziorka niedaleko podstawówki, do
której uczęszczały siostry. A wokół jeziorka pełno spacerowiczów
wystrojonych nie gorzej od nas. Panowie z damami pod rękę, kłaniają
się uchylając kaszkietów, bądź zdejmują nisko i demonstracyjnie przy
powitaniu kapelusze. Na jeziorku pary pływające łodziami: pan
wiosłuje, a pani wachlarzem wiaterek wokół buzi wytwarza. No istna
sielanka. To ta scena tkwi w mojej pamięci niczym cierń w nodze, lub
zadra w dłoni i pozbyć się jej nie potrafię. Nie wiem ,czy Mikołaj nie
miał racji, mówiąc, że zmyślam, ale to co się wydarzyło zaraz po tym
demonstracyjnym spacerze jest już pewne. Wracamy spełnieni i
szczęśliwi ze spaceru, na którym ojciec zaprezentował,  pomiędzy
salwami armatnimi i bombardowaniami, swoją szczęśliwą rodzinę innym i
innych zobaczył, gdy nagle na bezchmurnym niebie ukazuje się
Messerschmitt i charakterystycznym rozpoznawalnym warkotem przypomniał
beztroskim spacerowiczom, że trwa wojna. Że niedaleko na wschód od
miasteczka rozlokowana jest armia sowiecka i że lada dzień rozpocznie
się ofensywa, dojdzie do krwawej bitwy. Mama unosi w stronę samolotu
zaciśniętą pieść i wygrażając pilotowi, krzyczy:” Ty, przeklęta
cholero! Żeby ciebie szlag trafił! Byś końca dnia nie doczekał!”
Ojciec zgorszony jej zachowaniem, zatrzymuje procesję, staje
naprzeciwko żony i mówi:-„Marysiu, bój się boga, co ty wykrzykujesz !?
Jak tak możesz wyzywać i przeklinać, życząc śmierci. Przecież tam
człowiek siedzi!”. „Jaki tam człowiek ! Co ty mówisz ? To przecież nie
człowiek, ale przeklęty faszysta, który zabija !”- ripostuje mama.
Doszliśmy już prawie do domu,gdy tuż przy naszej działce, która
kończyła się zagonem kukurydzy nieoczekiwanie natknęliśmy się
na wystraszonego żołnierza. Ukryty w wysokim kukurydzianym gąszczu,
łapczywie ogryzał niedojrzałe jeszcze kolby kukurydzy. Mlecz z
surowych kolb kukurydzianych pobrudził mu usta i brodę na biało.
Zesztywniał na nasz widok. Ręce trzymające kaczan zatrzymały się w pół
drogi do ust i w takiej wystraszonej pozycji zdrętwiał, wlepiając w
nas swój wystraszony wzrok. Zatrzymaliśmy się również wystraszeni i
spłoszeni nieoczekiwanym spotkaniem. Zapanowała krępująca obie strony
cisza. Wojskowy nie miał przy sobie broni , ani nawet czapki na
głowie, jednak mundur na nim był niemiecki. „Guten tag”- pierwszy
uciążliwą ciszę przerwał ojciec, – Was machen  Zi ?” Żołnierz rękawem
powycierał usta, upewnił się, że z naszej strony nic mu nie grozi i
,przepraszając, wyjaśnił, że jest głodny, by się na niego nie gniewać,
że naruszył cudzą własność. Staliśmy tak jeszcze przez dobrą chwilę,
aż ojciec powiedział”-„Chodźmy już”. Zwracając się do żołnierza
powiedział  po niemiecku, żeby nie uciekał, tylko zaczekał tu
kilka chwil, a jego żona przygotuje i poda mu jedzenie. Tak się też
stało. Po drugiej stronie ulicy,przy której mieszkaliśmy, znajdowały
się wojskowe magazyny i duża, produkującej na potrzeby wojska
piekarnia. Stacjonował tam oddział żandarmerii. Matka tylko czekała,
by ojciec rozkazał jej polecieć tam, do nich i donieść ,że w naszej
kukurydzy ukrywa się dezerter, ale ojciec tylko warknął na nią groźnie
i powiedział, że ma natychmiast przygotować mu coś do jedzenia i
zapomnieć o tym ,co się wydarzyło. Siostrze Czesi przypadł obowiązek
zaniesienia poczęstunku. Właściwie sama się zgłosiła do tej bądź co
bądź niebezpiecznej misji. Teraz właściwie, po tylu latach,
uświadamiam sobie, że wyprawa ta mogła się dla niej skończyć
tragicznie. Zdesperowany żołnierz mógł przecież młodej jedenastoletniej
dziewczynie  wyrządzić wielką krzywdę. Jednak nic się groźnego nie
stało, ojciec czuwał. Z daleka, z podwórka obserwował córkę i widział,
jak ta rozgląda się wokół i znika w gąszczu kukurydzy w poszukiwaniu
wojskowego i daje ojcu znak, że nigdzie go nie ma. Biedak ostrożny
jednak był. Nie miał pewności, czy nie doniesiemy na niego i czy w
ślad za dziewczyną nie zjawią się wojskowi, by go aresztować i na
miejscu rozstrzelać Kiedy upewnił się, że jest bezpieczny ,a Czesia
trzyma w rękach jedzenie, wyłonił się ze swojej kryjówki i odebrał
pakunek. Uśmiechnął się. Był szczęśliwy. Zniknął po odebraniu jedzenia
i ślad po nim zaginął. Czy przetrwał tę wojnę – tylko bóg sam wie.
Bronka, kiedy Czesia wróciła z wyprawy zapytała cichaczem, żeby
rodzice nie słyszeli: „Ładny chłopak?”. Odpowiedzi nie znam.

Opole, 14
XII 2012 r.
DołżykJerzy Dołżyk-Narodziny anioła

>

Możliwość komentowania Dezerter i siostra. Jan St. Trzos de Sagorza została wyłączona

Filed under S.O.S.