Portret Piłsudskiego

Moje zainteresowania malarstwem rozpoczynają się w latach dziecięcych. Ojciec interesował się malarstwem, wprawdzie nie do tego stopnia, by go nazwać kolekcjonerem, ale lubił artystyczne wyroby przedmiotów kultury materialnej. W 1939 roku po otrzymaniu srebrnego medalu za długoletnią pracę na PKP i wyprawie Kołomyjskiego Koła Miejskiej Straży Obywatelskiej do Krakowa na Kopiec Piłsudskiego z urną ziemi z kresowych pól bitewnych, wrócił z kompletem porcelanowym stołowym sygnowanym znakami miśnieńskiej wytwórni porcelany. Nie wiem, czy były to wyroby pierwszej w dziejach europejskich Meissener Porzellan Manufaktur, czy innej miśnieńskie fabryki C.F.Teicherta, która wyroby Królewskiej Manufaktury kopiowała. Jednak do dziś w pamięci mam utrwalony wzór tamtego serwisu stołowego. Był to tak zwany wzór cebulowy Zwibelmuster, najpopularniejszy i najstarszy, zastosowany po raz pierwszy w Miśni w połowie XVIII wieku. Miśnia produkuje go do dziś. Zawierucha wojenna zniszczyła komplet do ostatniego talerzyka. Pozostał tylko z kompletu stołowego porcelanowy tłuczek malowany kobaltem pod glazurą z trzonkiem. Obrazy i meble stylowe obstalowane udekorowały mieszkanie, kiedy sytuacja materialna rodziny pozwalała na tak zwany zbytek.Po kilku latach od urządzeniu już ogniska domowego, zawiesił ojciec na ścianie pokoju malowany portret J.Piłsudskiego. Z tym portretem mieliśmy kłopoty, gdyż zaraz po wkroczeniu do miasteczka Sowietów, ojciec zaprzyjaźnił się z rosyjskim oficerem Arkadijem Pietrowiczem Szestakowem i często razem przesiadywali w naszym pokoju popijając samogon. Rozmawiali każdy po swojemu, ale rozumiałem wszystko, co mówił kapitan. Ojciec znał niemiecki, bo Galicjanie w Krakowskiem mieli obowiązek szkolny za Franza Josepha uczyć się go, ale rosyjskiego nie umiał. Ja się tym rozmowom przysłuchiwałem. Otóż kapitan popijając wódeczkę miał zwyczaj resztki z kieliszka strzepywać przez otwarte okno, mówiąc przy tym „do góry, do lasu !”. Właściwie pił tylko kapitan, bo ojciec po ciężkim ranieniu w czasie rosyjskiej ofensywy niedomagał zdrowotnie i pić nie mógł. Ale alkohol na stole i zakąska stały. Zresztą Arkadij Pietrowicz nie upijał się, ale wódka rozwiązywała mu język i mówił takie rzeczy, co mogły go zaprowadzić na stalinowską szubienicę. Otóż od niego po raz pierwszy słyszałem, jak opowiadał o straszliwych stratach zwykłych rosyjskich żołnierzy, których dowódcy bez opamiętania posyłali całymi pułkami na śmierć w celu zdobycia jednego gniazda z karabinem maszynowym w Górach Karpat Wschodnich. Mówił (pamiętam to) jak posyłano młodych ledwo zmobilizowanych chłopaków, by zdobyli umocnioną pozycję i tamci, poganiani przez enkawódzistów parli do przodu ginąc pokotem setkami pod ogniem karabinu maszynowego. A kiedy już te wzgórze zdobyli, to okazywało się, że w bunkrze żołnierzy niemieckich, czy rumuńskich już nie było, bo przegrzała się lufa karabinu aż do czerwoności i się z przepracowanie wygięła, a żołnierze z bunkru bezpiecznie baz paniki zdążyli gniazdo opuścić i życie ocalić. Tak mówił kapitan Armii Czerwonej Arkadij Pietrowicz Szestakow. Otóż pan kapitan denerwował się bardzo spoglądając na portret Piłsudskiego i mówił ostrzegawczo do ojca: „Franc Francewicz, zdejmij Piłsudskiego ze ściany, dobrze Ci radzę, bo możesz mieć kłopoty!”. Ale ojciec był uparty i odpowiadał mu: „Czemu mam go zdjąć, przecież to jest mój dom i moje mieszkanie, więc mam prawo ozdobić go według własnego upodobanie. Nie zdejmę go”. „Rób jak chcesz, ja tam nic przeciwko Piłsudskiemu nie mam. Piłsudski był marszałkiem i Stalin jest marszałkiem, ale jak tu się zjawią inni oficerowie, to możesz mieć kłopoty”. Miał racje pan kapitan. To były straszne czasy aresztowań, strzelania polskiej inteligencji i zsyłek całych polskich rodzin do Kazachstanu i na Syberię. Nam, naszej rodzinie los taki należał się jak psu talerz zupy. Ojciec przecież jako szesnastolatek walczył o polski Lwów i Kresy Wschodnie, za co generał T.Rozwadowski odznaczył go legendarną już odznaką Orlęta. Myślę jednak ,że gdybyśmy mieszkali wówczas na Wołyniu jak rodzina babci mojej Ewy z domu Zawadzka (też z Woli Zabierzowskiej), to spotkałby nas los jak nieszczęśników z Woli Pieniackie. Jednak Polacy na Pokuciu takiej okropnej krzywdy nie zaznali. Dziwie się też, że nasi sąsiedzi nie donieśli rosyjskim służbom o ojca walecznej przeszłości z czasów tworzenia Niepodległego Państwa Polskiego, o jego walkach o wschodnie granice Polski i z konnicą Budionnego, w której komisarzem politycznym był Józef Stalin. Zapewne zadziałała tu łagodna i zgodliwa osobowość ojca, który z szacunkiem odnosił się do miejscowych i okazywał zrozumienie do ich niepodległościowych ambicji. W roku 1969 zwiedzałem z synem Tomkiem i moją Elżbietą strony rodzinne, planując przed wyjazdem spotkanie z Arkadijem Pietrowiczem Szestakowym. Aliści tan szlachetny i delikatny Rosjanin już nie żył. Z jego rodziną, która na stale po wojnie osiedliła się w Kołomyi, żoną i dziećmi, córką Walą i synem Walerką nie spotkałem się. Zabrakło czasu na poszukiwania. Obraz Piłsudskiego ojciec jednak zdjął ze ściany i włożył na dno kuferka i kto wie, być może rady kapitana Szestakowa ocaliły ojcu życie i zapobiegły wysyłce rodziny na niechybną zagłady w syberyjskich lasach, czy stepowym pustkowiu Kazachstanu.

J.T.1 2

J.T.3 (3

J.T.2 (1)

J.T.1 bis (1)2
Powyżej dwie odbitki dyplomów do odznaczeń: 1. „Orlęta” nadany przez dowódcę Armii „Wschód” gen .Rozwadowskiego. L.3939 – est to nr z ewidencji Orląt, ale ponieważ litera T jest prawie na samym końcu alfabetu, stąd taki wysoki numer. W istocie do Orląt zaliczano tylko młodych z wiekiem do 18 lat. Ta lista zawiera rejestr wszystkich, co walczyli i polegli za Lwów, zaliczając w ich skład żołnierzy regularnych wojskowy6ch już wówczas polskich formacji, co przyszły orlętom pod koniec powstania z odsieczą. Do Orląt , których lista jest sporządzona zarejestrwano jedynie 1300 młodzieży, z których więcej jak połowa poległo w bitwach. Ojciec ocalał. Umarł dopiero w roku 1947 w Trzebnicy. Drugi dyplom, to dokument na odznakę „Za Zasługi” z napisem godła lwowskiego Semper Fidelis za dzielną i wytrwałą służbę w latach 1918-1928 w Małopolskiej Służbie Obywatelskiej. Ojciec był członkiem założycielem takiej służby na Pokuciu w Kołomyi., i wreszcie trzeci eksponat, to zdjęcie rodzinne matki i ojca (pierwsi z lewej), którzy w delegacji Zarządu MSO z Pokucia z urny sypią do kopca Piłsudskiego ziemię z Pól Kresowych Bitewnych. Był to rok na kilka miesięcy przed rozpoczęciem wojny z Niemcami. Mama jest w ciąży z moim bratem Romanem, który właśnie urodził się we wrześniu.
Dziękujemy Panu Pawłowi Kolasińskiemu!

Reklamy

Możliwość komentowania Portret Piłsudskiego została wyłączona

Filed under S.O.S.

Możliwość komentowania jest wyłączona.