Monthly Archives: Kwiecień 2013

Gasteiger. Jan St.Trzos de Sagorza.

Bezpieka przez kilka powojennych lat deptała mu po piętach. Komendant milicji w Łagowie zaproponował mu tuż po zakończeniu wojny wstąpienie do tworzonej od podstaw w PRL Milicji Obywatelskiej. Nie wyraził zgody będąc przekonanym, że tuż po wojnie do milicji werbowano kryminalistów, dekowników, szabrowników i inny podejrzany element. Widział wokół przestępcze poczynanie, samowolę i bezprawie tych, tak zwanych stróżów praworządności i wstąpić do takiej organizacji było poniżej jego rycerskiej godności. Nie akceptował nowej władzy, ale postanowił zostać lojalnym jej obywatelem. Rozwścieczony komendant w Łagowie kazał mu przekazać, żeby miał się na baczności, bo go załatwi. Rozpoczęło się polowanie. W dorosłe życie wkraczał w kilkunastu kilometrach od miejsca urodzin Edwarda Gierka, w Zawierciu. Wspomniał kiedyś z rozrzewnieniem mecz piłkarski dziewięcio-dziesięcioletnich Zawiercioków z chłopakami spod Będzina, w składzie których szmaciankę kopał Edward Gierek. Wtedy się poznali.Urodził się w czerwonym familoku, tuż obok kościoła parafialnego w Zawierciu w roku 1913. W latach trzydziestych w Zawierciu dostrzeżono młodego silnego zdolnego sportowca, przedwojennego piłkarza Warty Zawiercie i zaproponowano mu wstąpienie do policyjnej szkoły, gdzie będzie mógł zdobyć zawód i zrealizować się jako piłkarz w którymś z gwardyjskich klubów. Przyjęty został do Policyjnej Szkoły w Gródku Jagiellońskim. Po jej ukończeniu podjął obowiązki szeregowego policjanta na Wołyniu. Tam, od chwili rozpoczęcia pracy sport stał się jego z miłością realizowaną pasją w jednej z piłkarskich drużyn. W nagrodę za wzorową postawę i sportowe zaangażowanie wydelegowano młodego policjanta do pełnienia służby porządkowej na uroczystości wręczenia generalnemu inspektorowi sił zbrojnych Polski E. Rydzowi-Śmigłemu w roku 1936 w Warszawie buławy marszałkowskiej. Wrócił podbudowany patriotycznie do służby policyjnej na Wołyniu i tam we wrześniu trzydziestego dziewiątego zaskoczyła go wrześniowa rosyjska ofensywa. Wrogi i agresywny stosunek miejscowej ukraińskiej ludności i zbliżająca się sowiecka nawala ze wschodu zmusiły część załogi pełniącej służbę policyjną na Kresach do podjęcia decyzji – zostać, czy pieszo przedzierać się przez setki kilometrów w głąb kraju. W czwórkę przyjaciół postanowili w przebraniach cywilnych iść na Zachód. Decyzja ta, jak twierdził po latach, uratowała mu życie przed haniebną śmiercią w Katyniu. Dotarł do Iwanisk w Kieleckiem, koło zabytkowego zamku Ujazd i tam jeszcze przed wkroczeniem wojsk niemieckich rozpoczął służbę. Był pierwszym, który z wieży kościelnej w Iwaniskach dostrzegł kolumnę wojsk niemieckich zbliżających się od strony Bodzentyna do Iwanisk. Rozpoczął się podczas okupacji nowy okres w życiu prywatnym i działalności konspiracyjnej z okupantem. W archiwach domowych zachowała się pożółkła kartka papieru, na której dowódca okręgu Łagowskiego kawaler przedwojenny orderu Virtuti Militari Władysław Zieliński poświadcza o przynależności naszego bohatera do III Kieleckiego oddziału konspiracyjnej organizacji Batalionów Chłopskich w charakterze zwiadowcy. Pozostając policjantem w Iwaniskach w czasach wojennych jego podstawowym konspiracyjnym zadaniem było wykonywanie zadań bojowych i dywersyjnych i czuwanie nad moralnością mieszkańców , wzmacniać postawy antyokupacyjne, dbać o porządek i ład społeczności Iwanisk. Łącznikiem z dowódcą okręgu był szwagier naszego bohatera Wincenty Wąchocki, członek leśnej grupy partyzanckiej. Pod koniec wojny w lasach pod miejscowością Kije, w bitwie z Niemcami młody Wąchocki poległ z orężem w rękach. Po bitwie odnaleziono jego ciało w pozycji stojącej, opartej o drzewo z bronią gotową do strzału. Z siostrą Wincentego, Stanisławą Wąchocką (moją teściową) i moim synkiem, półrocznym Tomkiem na rękach, w roku 1968 szukaliśmy w okolicach Kijów miejsce śmierci i pochówku leśnego dzielnego młodego partyzanta. Nadaremnie. Miejscowi wskazywali w przybliżeniu miejsce bitwy i zbiorowej mogiły, ale wszystko trawą i młodniakiem porosło i ślady zatarło. Ta konspiracyjna działalność Henryka Kaczmarzyka, bo tak się nasz bohater nazywał, spowodowała złość władzy ludowej, która zaliczyła żołnierzy Batalionów Chłopskich do wrogów nowego państwa socjalistycznego i rozpoczęła wobec nich na szeroką skalę akcję represyjną. Henryk przez kilka lat skutecznie ukrywał się przed aresztowaniem. Założył rodzinę. Został ojcem córeczki Elżbiety. Dom rodzinny w Łagowie był regularnie i znienacka nachodzony przez milicję, ale koledzy w porę uprzedzali Henia o niebezpieczeństwie. Zapomnienia i ocalenia szukał w możliwości ukrycia się na Ziemiach Zachodnich. Podróż do Kłodzka i Otmętu w poszukiwaniu nowego miejsca zamieszkania i pracy skończyła się fiaskiem. Właściwie nie mógł sobie poradzić bez rodziny, żony i ukochanej córeczki. Wrócił do rodziców, do Zawiercia i tam właśnie dopadli go cywile z UB. Osądzono go na trzy lata i zamknięto w więzieniu najpierw w Sosnowcu, a później przeniesiono do Oławy. Jego czteroletnia córeczka z mamą odwiedzili tatę w Sosnowcu, ale mała Elżunie płakała głośno i bała się podejść do ojca, bo był od niej oddzielony metalową siatką. Kaczmarzyk opuścił więzienie z poczuciem ogromnej krzywdy, która siedziała w nim przez całe życie. Jednak nie złożył rąk. Został hutnikiem, który przez całe pracowite życie dojeżdżał do Huty Łabędy. Zrywał się do pracy w hucie o 4-tej nad ranem, by powrócić do domu późnym wieczorem. Odznaczono go wprawdzie Złotym Krzyżem Zasługi, ale na tak zwany chlebowy Sztandar Pracy nie zgodziła się organizacja partyjna, wypominając mu przynależność do niewłaściwej w czasie wojny organizacji. Wybudował dom okazały w Zawierciu. Zasadził nie drzewo, a sad cały. Został ojcem drugiej córki Jadwigi i stworzył idealne gniazdo rodzinne. W czasie ukrywania się tuż po wojnie na Śląsku przywiózł do Zawiercia pamiątkę z tułaczki – obraz za szkłem w czarnej ramie. Bajeczny bukiet kwiatów na parapecie w kryształowym wazonie. Obraz sygnowany wyraźnie – A.Gasteiger, który przez dziesięciolecia wisiał w pokoju gościnnym nad pianinem. Często wpatrywałem się w niego, zwłaszcza w podpis, myśląc, że jak dobrze byłoby obraz takiej wspaniałej niemieckiej malarki mieć we własnych zbiorach. Byłem już wówczas uznanym kolekcjonerem. Więc kiedy Henryk Kaczmarzyk ze swoją żoną z domu Wąchocką odwiedzali mnie w moim mieszkaniu w Opolu, jego pierwszym zdaniem, po przekroczeniu progu było pytanie było: „No pokaż Janiu, co masz nowego w kolekcji?”. Umiał docenić dobre malarstwo i znał się na nim. Aż pewnego razu, by mnie wyróżnić i uszczęśliwić, powiedział, że zasłużyłem w końcu na jego wyjątkowy prezent dla mnie. Do mojej kolekcji mogę dołączyć jego bardzo cenny obraz Anny Gasteiger, zdjąć go ze ściany w Zawierciu i dołączyć do swojej opolskiej kolekcji. Odmówiłem jednak przyjęcia tak szczerze darowanego prezentu. Darczyńca o mało nie obalił się ze zdumienia i mojej bezczelnej reakcji na jego dar serca. Kiedy ostygł, poprosił o wyjaśnienie i wytłumaczenie się z postępku. W tamtej dramatycznej chwili miałem już zebraną i skompletowaną wiedzę o malarce i jej artystycznej działalności. Anna Sophi Gasteiger z d.Meyer urodziła się w roku 1878 w Lubece. Studiowała i tworzyć zaczęła w Monachium. Tam wyszła za mąż za rzeźbiarza i profesora Akademii Monachijskiej Matthiasa Gasteigera. Jej twórczość malarska koncentrowała się przede wszystkim na malowaniu kwiatów. Robiła to znakomicie. Nie poszukiwała jakichś nowoczesnych kolorystycznych i kompozycyjnych rozwiązań. Przekazywała swoją twórczością piękno natury, nieskończoną gamę kolorystyczną zawartą w kwiatach. Jeszcze za życia osiągnęła niebywałą popularność i popyt na swoje portrety kwiatów. Wydawano w dużych nakładach przed wojną jej oprawione w drogie ramy reprodukcje, publikowano ilustracje książkowe i bito znaczki pocztowe. Zmarła po wojnie w 1954 roku. Odmówiłem przyjęcie daru, bo wiedziałem od dawna, że wiszący nad pianinem i wyglądający na oryginał obraz jest reprodukcją. Wprawdzie perfekcyjną, wydaną przez przedwojennych Niemców z niezwykłą starannością, ale jednak reprodukcją. Kolekcjonerzy nie zbierają druków. Polują na oryginał. Wytłumaczyłem teściowi, że cała moja kolekcja składa się z dzieł oryginalnych i że w tej swojej pasji kolekcjonerskiej poświęcam wiele uwagi, żeby natrafić na obraz oryginalny Anny Gasteiger. Pan Henryk uspokoił się, nie czując się upokorzonym, ale zapytał z powątpiewaniem: „A zdobędziesz obraz prawdziwy Gasteigerki?!”. Potwierdziłem, że obraz Anny Gasteiger wcześniej, czy później w mojej kolekcji znajdzie się. Henryk Kaczmarzyk, bohater mojego opowiadania, którego darzyłem wielkim szacunkiem i nadal tak czynię, był moim teściem. Zmarł w wieku 85 lat w roku 1998. Jednak nie zdążyłem pochwalić się teściowi za jego życia. Nie wypowiedziałem triumfalnego zdania-wykrzyknika: „Tata, zdobyłem wreszcie mojego Gasteigera. Przyjedź go zobaczyć!”. Teraz, po tylu latach poszukiwań i walki o zdobycie obrazu autorstwa znakomitej niemieckiej portrecistki kwiatów Anny Gasteiger, mogę mu do krainy wiecznej szczęśliwości przesłać radosną wiadomość : „Tato, dotrzymałem zobowiązania! Zdobyłem piękny i duży i bajecznie kolorowy obraz goździków w czarnym wazonie na okiennym parapecie. Nie zawiodłem Cię. Właśnie podróżuje do mnie przesyłką pocztową i lada godzina dostawca zapuka do moich drzwi z przekazem o rozmiarach 90×70 cm, w którym odnajdę upragniony i oczekiwany przez dziesięciolecia obraz, własnoręcznie namalowany i sygnowany ręką znakomitej europejskiej malarki A.Gasteiger „. Może go kiedyś, w kolejnej prywatnej wystawie zbiorów własnych, pokażę miłośnikom malarstwa tę moją dedykowaną mojemu znakomitemu teściowi zdobycz kolekcjonerską, za którą wzrok wytężałem przez całe czterdzieści lat.
Jan St.Trzos de Sagorza. Opole, 29 marca 2013 r.
A.Gasteiger.Goździki w czarnym wazonie.

A.Gasteiger.Sygnatura autorki

Reklamy

Możliwość komentowania Gasteiger. Jan St.Trzos de Sagorza. została wyłączona

Filed under S.O.S.