Monthly Archives: Październik 2013

SZAŁ KRESOWEJ LIPY. Jan St.Trzos de Sagorza.

Kresowiacy opolscy zorganizowali kolejną imprezę gloryfikującą kulturowe i społeczne zdobycze i osiągnięcia ich potomków. Tym razem w MŚO w Opolu odbyła się prezentacja zdjęć i dokumentów z lat 1920-1949. Wystawę poprzedziła część artystyczna, w której udział wzięli znakomitej klasy artyści profesjonalni. Podczas wykonywania solo na klarnecie melodii lwowskich sprzed wojny, zebrani na sali zaczęli chóralnie uzupełniać muzykę śpiewem. Wrażenie było zjawiskowe i radosne. Jeden tylko facet siedział zdumiony i zdegustowany. Nie imprezą jednak i wysokim profesjonalnym kunsztem występujących artystów. Dręczyły go problemy innej natury. Jak to się dzieje, że w ostatnich latach w całym niemal kraju, w rozmaitych lokalnych i centralnych mass mediach poruszane są tematy kresowe. Wychwalane są kulturowe zdobycze tamtych środowisk twórczych. Opisywane są tragiczne dzieje wojenne kresowiaków i losy ich rodzin zamieszkujących obecnie na Śląsku. Kreślone są postacie znakomitych patriotów i ich męczeńską przeszłość. Wydawane są książki, albumy, filmy dokumentalne, wystawy malarskie i sesje historyczne, poświęcone Kresom. Co rusz organizowane są spotkania z ludźmi, którzy w śpiewnym i rzewnym tonie kreślą niebywale fantastyczny, radosny i doskonały, ale na zawsze stracony świat kresowej idylli. Na każdym kroku stawiane są kamienie pamiątkowe i tablice ścienne na budynkach urzędów miejskich i wnętrzach kościelnych, upamiętniające wypędzenie, poniewierkę i stratę ojcowizny. I wszyscy bez wyjątku uczestnicy tych imprez są elegancko ubrani, syci i szczęśliwi z doskonałym wykształceniem i dobrze wychowanym potomstwem. Tan zdegustowany facet nie może jednak zrozumieć, czemu oni, nie raz już w trzecim pokoleniu potomni starych kresowiaków, rozpamiętywują i rozpływają się na samą myśl o wspaniałym minionym świecie przeszłości.Przecież widać po nich, że osiągnęli sukces życiowy. Że tu na Śląsku zbudowali sobie świat prywatny doskonały. Że nie mieszkają w kurnych chatach, ale w domach wybudowanych z cegły. Że te nasze śląskie miasteczka i uzdrowiska są jak z bajki – piękne i urokliwe. To ziemia nam przesiedleńcom bogiem obiecana jest darem wspaniałym, nie porównywalnym z żadnym wyimaginowanym krajem kresowym. Świat tamten odszedł już na zawsze. Ale co tu kryć. Tamten utracony raj nie był wcale taki doskonały (żeby nie powiedzieć – był piekłem). Nikt nie che pamiętać, że był to obszar przez wieki pełen ubóstwa, nędzy i poniewierki. Że warunki bytowe na Kresach graniczyły często z taką nędzą i biedą, jakiej nigdy nie zaznały ludy mieszkające przez wieki na Śląsku. Mój dobry znajomy, znakomity malarz-prymitywista Jan z Dambonia, wspomina, że w obszarach polskich wokół Wilna przed wojną bardzo dużo Polaków mieszkało w kurnych chatach. Niesamowita sprawa, ale on to pamięta i zapewnia, że mówi prawdę. Więc za czym tęsknicie drodzy Kresowiacy?! Chcecie leczyć swoje kompleksy nikczemnej egzystencji kresowej, śpiewając hymny pochwalne dziejom, które jak najrychlej trzeba z pamięci usunąć. Wasze tego typu wystąpienia gloryfikujący Kresy tu na wspaniałym Śląsku, który Was utulił i stworzył warunki, byście byli syci, zdrowi, pięknie ubrani i butni, szanowani i mieszkali w pięknych domach i gospodarstwach, są bluźnierstwem i niewdzięcznością skierowaną w stronę nowej ojczyzny. Chcecie podkreślić, ze co? Że te wasze ukochane i utracone Kresy były i są nadal fajniejsze i doskonalsze niż wasza nowa ojczyzna? Że takie wasze nieustające pojękiwanie o czymś, co nie jest nawet zwykłej bułki z masłem, że jest stratą niepowetowaną, a ziemia śląska tych strat Wam nie zrekompensowała, że nie może dorównać utraconemu na wschodzie. Więc na tym koncercie cała sala w takt muzyki śpiewała „Umówiłem się z nią…” i wyglądało to fajnie, bo jednak .. cała sała! I fakt ten (cała sala) zmartwił tego zdegustowanego faceta. Czemu? A temu, że było to słyszalnie potwierdzenie, że na sali, na imprezie nie ma Ślązaków. Że są tam jedynie sami Kresowiacy, albo nawet nie Kresowiacy, ale w trzecim już pokoleniu ich potomkowie. Trzecie pokolenie, które nie integruje się ze Śląskiem! Które wbrew zdrowemu rozsądkowi utożsamia się z Kresami! Czemu tak postępują, tak bezkrytycznie i bezwolnie kroczą drogą swoich kresowych przodków? Czemu nie posiadają świadomości ,że są już z urodzenia Ślązakami. Ta piękna ZIEMIA ŚLĄSKA takie prawo im dała! Najwyższy już czas, by zapomnieć już o tych kresowych bzdetach! Bo ten sfrustrowany facet na imprezie odbiera te wszystkie poczynania gloryfikujące Kresy jako policzek,wymierzony Śląskowi. Taki medialny wrzask i organizacyjny i publikacyjny wymierzony jest w stronę dezintegrującą mieszkańców Śląska. Utrwalający wpadający już w zapomnienie podział na Hanysów i Chaziajów. Nie są podejmowane zwłaszcza przez ludzi kultury i nauki działania by przesiedleńców i rdzennych Ślązaków połączyć wreszcie w jedno zmodyfikowane plemię. Nie da się wymierzyć jakie ogromne straty w integrowaniu Kresowiaków i Ślązaków dokonują publikacje i książki, jednego z najbardziej znanych apologetów kresowych, opolskiego uczonego rektora uniwersytetu. Wychwalając Kresy chwalcy podświadomie podkreślają ,że przesiedlenie pokaleczyło im życie i skazało ich wszystkich na bytowanie w krainie daleko innej i gorszej od straconych wyśnionych Kresów, które pragną odzyskać. Kto w końcu ma się zatroszczyć na Śląsku Opolskim o tworzenie jednej opartej na zgodzie i pojednaniu zintegrowanej społeczności śląskiej. Kto z polityków zadba, by po 70-ciu latach kresowiacy stali się wreszcie nowymi Ślazakami. By zapomnieli na zawsze o swoich kresowych korzeniach i zjednoczyli się z miejscowymi w jedno wielkie  plemię Ślązaków, pełnych dumy i godności ze swojego pochodzenia. Frustrat sądzi, że wszystkie działania gloryfikujące zapóźnione cywilizacyjnie  przed wojną i po wojnie Kresy, takim jednoczącym tendencjom i wysiłkom szkodzą. I jest to szkoda wielka i niepowetowana.Tym sfrustrowanym facetem byłem ja – Jan St.Trzos de Sagorza, Ślązak urodzony na Kresach, ale to nie jego wina. Opole, 28.10.2013 r. Jan St.Trzos de Sagorza

Reklamy

Możliwość komentowania SZAŁ KRESOWEJ LIPY. Jan St.Trzos de Sagorza. została wyłączona

Filed under S.O.S.

Szczupak zagłuszony

Jeszcze nie przebrzmiały salwy armatnie goniące cofających się z Pokucia wojsk niemieckich, a życie codzienne zaczęło powracać do normy. Siostry stawały się okazałymi pannami , a my obydwaj z bratem zaczęliśmy postrzegać, jak wokół nich kręci się co raz więcej adoratorów. Zalecający się do siostry i często składający w naszym domu wizyty Kazik Straszewski zawsze zaskakiwał nas jakimiś dziwnymi i oryginalnymi przedmiotami i pomysłami. Pewnego razu przyniósł pokazać nam laskę żółtego dynamitu (może był to trotyl – nie wiem?). Wiedzieliśmy, że jest to groźny przedmiot, ale nie mieliśmy pojęcia, do czego jest mu potrzebny. Kazik umiał zamącić naszą dziecięcą wyobraźnię, ale Czesi jego metody pozyskiwania względów nie odpowiadały i, podejrzewam teraz po latach, że on jej po prostu jako absztyfikant nie odpowiadał. Kazik przyjeżdżał zalecać się na fantastycznym rowerze z siodełkiem z pianki poliuretanowej, przedmiotem na tamte czasy porównywalnym obecnie do samochodu i świadczącym o zamożności i jego wysokiej pozycji w stosunku do innych rywali. Myśmy z Bobem (moim bratem) tę piankę pod jego nieobecność obskubywali, aż wreszcie, wystraszeni, że oskubiemy ją aż do sprężyn i zniszczymy siodło, skubania zaprzestali. Aż pewnego razu Kazik Straszewski zjawił się przed Czesią na motocyklu. Wyobrażacie sobie ! Na własnym motocyklu! Jeszcze nie przebrzmiały w Berlinie w Reichstagu ostatnie salwy karabinowe , a on tak bezczelnie i arogancko obnosił się ze swoim majątkiem? Jak to było możliwe? Do tej pory nie umiem zrozumieć tej zuchwałej postawy dzielnego Kazika. Jeszcze teraz zastanawiam się, jak udało mu się uchronić i ocalić te wspaniałe przedmioty przed rabunkiem miejskich złodziejaszków, a zwłaszcza przed rekwirowaniem takich technicznych trofeów przez nową wojskową tymczasową administrację Czerwonej Armii. Kiedy podoficer lotnictwa sowieckiego Mikołaj Szapowałow zaczął zalecać się do starszej siostry Bronki i chciwie spoglądać w stronę kazikowego motocykla, Czesia ostrzegła Kazika przed niebezpieczeństwem. Przed ewentualnym zaborem jego mienia i unicestwienia jego samego. My też ostrzegliśmy lubionego i podziwianego kawalera Czesi, by go uchronić przed zagrożeniem, jakie mu groziło, a nawet, jak nam się wydawało, przed śmiercią. Kazik Straszewski tylko lekceważąco machnął ręką i do nas, chłopaków, pod nieobecność siostry powiedział: „Ja się go wcale nie boję! Patrzcie, czym się przed nim obronie i co tu mam!”- powiedział i wskazał na swoje, wypchane bardzo jakimiś tajemniczymi przedmiotami, kieszenie. „W jednej kieszeni mam sól, a w drugiej długi niemiecki kindżał”- dodał zuchwale. Byliśmy bardzo zdziwieni takim jego uzbrojeniem i poprosiliśmy ,by się wytłumaczył do czego to mu ma służyć. „Jeśliby Mikołaj mnie zaatakował, to najpierw sypnę mu solą w oczy, a potem dobiję kindżałem. Zrozumieliście, głąby?” – wyjaśnił z takim twardym przekonaniem i postanowieniem, żeśmy się wystraszyli. Przytaknęliśmy, a jakże. No, ale też szkoda nam było podoficera sowieckiego, bo był, jak nam się wydawało bohaterem wojennym i miał na piersiach srebrne odznaczenia wojskowe. Wiedzieliśmy też, że w bitwie nad Gliwicami jego samolot został ostrzelany, a on sam został odłamkiem pocisku ciężko ranny w pierś. Lekarze uratowali mu życie, ale z „oskołkiem”, który utkwił mu pod sercem poradzić sobie nie umieli. Rosjanin męczył się z tym odłamkiem do końca życia i zmarł przedwcześnie w wieku 66 lat, w roku 1988. Pochowany w Opolu. Zagrożenie konfliktu jakoś samoczynnie się rozładowało, ale trzeba przyznać ,że Kazik Straszewski stał się ostrożniejszy i przestał się afiszować swoją majętnością przed zubożałymi po wojnie mieszkańcami grodu i przybywającymi w co raz większej ilości na Kresy rosyjskimi osadnikami. W moich zbiorach zachowało się zdjęcie siostry, utrwalone w roku 1945 razem z Kazikiem Straszewskim i jego wspaniałym motocyklem. Zdaje się, że motocykl Kazika i jego rodzina pomyślnie przetrwali przesiedleńczą wędrówkę z Kresów na Śląsk i wespół -zespół dotarli szczęśliwie do Zgorzelca. Jednak wróćmy do laski dynamitu (czy trotylu), o której wspomniałem na wstępie.
No, pomyśleliśmy obydwaj, chce niechybnie tym dynamitem, czy trotylem rozwalić Mikołaja w strzępy. Ale jak on to zorganizuje? Czy my będziemy musieli mu w tym pomóc? Mikołaj chodził w wojskowym mundurze lotnika z niebieskimi pagonami i przytroczonym do pasa pistoletem. Pewnego razu, kiedy ze swoim kolegą też lotnikiem zanocowali u nas, bo bali się wracać do koszar w ciemnościach, by ich nie ustrzelili, mama pościeliła im w łóżku. My z Czesią musieli spać na podłodze. Siostra w środku, ja od ściany, a Bob od strony zewnętrznej. W środku nocy nagle wszystkich w domu obudził strzał z broni palnej. Wszyscy w domu zerwali się na nogi w obawie, że rozpoczyna się nocna bitwa. Ale okazało się, że Mikołaj kładąc się spać, w ciemnościach odbezpieczył pistolet i wsunął go przy głowie pod poduszkę. Pistolet w nocy wysunął się spod poduszki i spadł obok Boba na podłogę. Kula spadającego lufą w stronę podłogi odłupując

kawał deski weszła głęboko w drewno w kilku centymetrach od głowy brata. Staliśmy wszyscy wystraszeni i przerażeni , a najbardziej Mikołaj. Tragedia minęła tej nocy nasz dom o kilka centymetrów. Kiedy więc zobaczyliśmy po kilku dniach żółtą laskę materiału wybuchowego w rękach Kazika, byliśmy twardo przekonani, że jest to jego sposób na pozbycie się intruza Mikołaja, który terroryzował w jego mniemaniu dom jego narzeczonej. Tym razem byliśmy gotowi wesprzeć go w naiwnej wierze, że takie radykalne rozwiązanie Kazika zapewni nam spokój i przywróci ład w domu. „Co wy gówniarze sobie myślicie, że co, że załatwię Mikołaja?!. O nie. Tym trotylem pójdziemy na Kosaczówkę rybę głuszyć. Zrozumieliście, kaczany kukurydziane
?” – powiedział wesoło i zaśmiał się.
Na wyprawę wyruszyliśmy gromadnie: obie siostry, Bob, ja i uzbrojony w dynamit Kazik Straszewski. Droga była daleka. Rzeczka, a właściwie strumyk czystej źródlanej wody, płynący pod kolejowym mostem można było w niektórych miejscach przyjść w bród. Ale w niektórych miejscach rozlewał się w szerokie rozlewiska na kilkanaście metrów szerokości i głębokości do dwóch metrów. W takich miejscach gromadziła się ryba i tam często można było spotkać wędkarzy. Na miejscu, nad brzegiem Kazik przywiązał do żółtej laski krótki kawałeczek lontu. Nam kazał się cofnąć daleko od wody i położyć się na ziemię i podpalił sznur. Biały słup wody po wybuchu uniósł się do góry i opadł na wzmącone lustro rzeki. Zerwaliśmy się na nogi, żeby zobaczyć dziesiątki pogłuszonych ryb i rozpocząć zbieranie dobytku. Tymczasem woda się uspokoiła, a na powierzchni rzeczki ryb nie było widać. Po kilku minutach zaczęły wypływać małe drobne rybki, nienadające się do smażenia na patelni. Staliśmy wszyscy rozczarowani skutkami głuszenia, a najbardziej nasz bohater Kazik. Nie spodziewał się takiego mizernego skutku swoich myśliwskich poczynań, ale za chwilę uniósł ręce z radości do góry. Na powierzchnię wody wypłynął duży półmetrowy szczupak. Wracaliśmy do domu szczęśliwi z odniesionego sukcesu i złapanego wielkiego szczupaka. Ja go niosłem włożonego do powłoczki z jaśka. Szczupak w tej powłoczce szarpał się i wyginał i wszyscy sobie żartowali, bym uważał, bo on może mnie przez tę powłoczkę ugryźć w plecy. Więc je te swoje plecy chroniłem przed skaleczeniem wyginając pierś do przodu, by szczupak nie sięgnął moich łopatek. Szedłem z nimi i tej ich radości z polowania nie dzieliłem. Byłem raczej smutny, ale teraz po tylu latach mogę stwierdzić śmiało i szczerza, że była to chwila, kiedy po raz pierwszy w mojej szczenięcej świadomości pojawiła się myśl, że nie jesteśmy w porządku. Że taka forma zdobywania pokarmu jest zwykłym barbarzyństwem, że niszczy przyrodę. Może tak głęboko ekologicznie tego nie mogłem analizować, ale przypuszczam, że był to pierwszy samodzielny, przez nikogo nie podpowiedziany sąd własny, pozwalający mi jeśli nie jawnie, to przynajmniej w myślach formułować negatywne dziecięce przekonania i postawę niezgody na to ,co czynią dorośli. To polowanie i Kazika Straszewskiego dlatego zapamiętałem do końca życie, bo utkwiły mi w pamięci te setki pogłuszonych i pozabijanych małych rybek, które nie nadawały się na patelnię, a które wolny prąd strumyka, zabielony od białych brzuchów poprzewracanych i pozabijanych rybek, niósł w dół rzeki, demonstrując niebu nasze barbarzyństwo. Czułem się winny. Emocje ówczesne moje utrwaliły w pamięci tamte przeżycia, którymi chciałem się teraz podzielić z czytelnikiem. Podzielić i się wyspowiadać z wydarzeń , co mi ciążyły przez tyle lat. Opole, 10 X 2013 r.

motor2

„Ułan i dziewczyna” – industrialna wersja kossakowskiego tematu „Ułan na koniu i dziewczyna”. Kazimierz hrabia Straszewski Herbu Radwan na swoim mechanicznym koniu ze swoją dziewczyną Czesią Trzos.

Możliwość komentowania Szczupak zagłuszony została wyłączona

Filed under S.O.S.