Category Archives: kultura

Zabić zamek

Na portalu ruin zamku w Dąbrowie zawieszono okazały portret kandydata na senatora Stanisława S.Nicieji.

Zdumiewająca historia! Scenę tę można było by porównać do sytuacji, w której na ruinach świątyni Artemidy w Efezie, zaliczanej do siedmiu cudów świata, zawieszono portret, gloryfikujący postać szewca Herostrata, który świątynię tę spalił. Działo się to w IV wieku p.n.e. Herostrat dokonał tego barbarzyńskiego czynu, by zdobyć nieśmiertelną sławę i sławę tę zdobył. Analogia nie jest ani taka absurdalna, ani abstrakcyjna.

    Późnorenesansowy zamek w Dąbrowie Niemodlińskiej, zbudowany przez grafa Joachima von Tschetschau-Mittich w latach 1615-1617, był własnością i dumą Uniwersytetu Opolskiego. I jest nadal w posiadaniu tegoż uniwersytetu. Przez wiele lat odbywały się w nim zajęcia, prowadzące dla studentów Wydziału Zaocznego i seminaria naukowe. Część pomieszczeń przeznaczona była na akademik, w pozostałych salach odbywały się wykłady, ćwiczenia i seminaria. Zamek posiadał bufet, stołówkę, czytelnię i funkcjonował w najlepsze, aż do czasów objęcia władzy na ówczesnej WSP przez rektora prof. Stanisława S.Nicieję. Profesor-rektor sprawował nadzór nad zamkiem przez trzy swoje kadencje na stanowisku rektorskim i był to okres, w którym rządy tego pana doprowadziły zamek do całkowitej ruiny. Powybijane okna, odpadający i sypiący się tynk, pozrywane podłogi, walący się wykusz-balkon, podparty od strony ogrodu belkami, by się nie zawalił, powybijane dziury w ścianach, pozrywane parapety i podłogi – to żałosny obraz zniszczeń, które pozostawił po sobie rektor Nicieja.  

   Pomyśleć tylko, że profesor w ciężkich czasach reformowania gospodarki w Polsce otrzymał z Warszawy na ratunek zamku 2 mln. złotych. To nie były wcale male pieniądze. Fundusz ten na ratowanie zamku miał być przeznaczony dla ekipy remontowej, która miała zamek zabezpieczać i remontować. Tymczasem ekipa zajęła się obstukiwaniem ścian zamkowych i kucia w nich dziur w poszukiwaniu ukrytych skarbów. Pozrywane podłogi i okienne parapety oraz dziury w ścianach, to właśnie pokłosie ich uporczywej eksploratorskiej działalności. Wykusz balkonowy, z którego znakomity szwajcarski pisarz Robert Walser, będący tuż przed I-szą wojną światową lokajem u hrabiego w zamku, obserwował ogród zamkowy, wali się i lada dzień rozsypie się w drobny mak. Obserwując ogród i opisując wnętrze zamku i znajdujące się w nim zbiory dzieł sztuki, pozostawił Walser w literaturze niemieckojęzycznej trwały ślad swojego tam pobytu. Największy sukces prof. Nicieji, którym się pan profesor szczyci i który na każdym kroku podkreślają jego apologeci, gmach Rektoratu Uniwersytetu Opolskiego na Uniwersyteckim Wzgórzu, nie równoważy strat, dokonanych przez brak nadzoru i zmarnotrawienia środków pieniężnych, przeznaczonych na ratunek dla zamku przez prof. Nicieję. Budynek Rektoratu nigdy nie posiadał takiej zabytkowej i architektonicznej wartości, jak zamek renesansowy w Dąbrowie. Nie było dla prof. Nicieji alternatywy, czy rekonstruować gmach poszpitalny, czy perły historycznej, jaką był i nadal jest zamek w Dąbrowie. Przebudowa (bo nie była to konserwatorska rekonstrukcja) szpitala miała stać się trwałym i spektakularnym pomnikiem, który na wieczną chwałę wybudował sobie profesor. A że padł przy jego wielkim udziale renesansowy zabytkowy pomnik, to kto o tym się dowie, kto po nim zapłacze. Ale są tacy, którzy pamiętają te łzy profesorskie, które wylewał on, opisując czyny barbarzyńskie powojennych mieszkańców Kopic, którzy doszczętnie zniszczyli piękny zamek rodziny Schaffgotschów. Jaką może być wiarygodność polityka, którego czyny tak dalece się mijają z jego życiową filozofią i upowszechnianą demagogią.

   Profesor ubolewa nad upadkiem zabytków na kresach wschodnich, opisuje degradację Truskawca i innych historycznych miejscowości, powiązanych z kulturą polską. Sam zaś dokonuje zniszczenia bezcennej zabytkowej konstrukcji w stronach, które są jego własną ojczyzną. Powszechnie wiadomo, że popularyzując kresowe osiągnięcia kulturowe i duchowe, profesor pragnie osiągnąć cel dla niego najważniejszy – pozyskać głosy wschodniaków w nadchodzących wyborach. I cel ten osiągnie. To pewne. Zaburzanie pójdą za nim jak w dym. A że zamek w Dąbrowie się rozsypie, to już nie będzie jego wina. Pan Senator będzie odwiedzał ministrów, a rozmaite sekretarki, kłaniając się mu w pas, będą go anonsować:”Panie ministrze, pan senator Nicieja z wizytą do pana”.

Zamek na starej pocztówce (źródło:http://www.niemodlin.org/index.php?id=200)

Reklamy

Możliwość komentowania Zabić zamek została wyłączona

Filed under kultura, polityka, zabytki

Tusk… – nie całuj ! Jan St.Trzos de Sagorza.

Były premier Kaczyński, witając się z Paniami, ciągnie do swych ust ich ręce do ucałowania, zżymam się cały zażenowany i z niesmakiem odwracam wzrok. To wyjątkowo nieestetyczna scena. Wiem, że w całym kraju od wieków ustaliła się taka obyczajowa norma, że my, Polacy, naród rycerski, dajemy tym gestem wyraz swego wielkiego szacunku do Pań. Czynimy to we wielkim przekonaniu, że jest to obyczaj uświęcony tradycją i inne narody mogą nam go zazdrościć a nawet naśladować, bez konieczności wykupienia licencji.Mało tego, panowie w swojej naiwnej wierze są przekonani, że paniom taki ceremoniał się podoba i że z tego powodu są wniebowzięte i uszczęśliwione ponad miarę. Jestem odmiennego zdania. Kobiety, zwłaszcza te, z wielką klasą i przeważnie dobrze wykształcone i na stanowiskach,kryjąc w krzywym uśmieszku fizyczną do takiego rytuału odrazę, udają, że tego typu postępowanie facetów musi się spełnić, bo innego wyjścia nie ma. Nie ważne, że cała Europa wyśmiewa się z tego naszego archaicznego obyczaju. Że tego typu hołd oddany paniom , traktowany jest przez panie z Europy Zachodniej jako sygnał erotyczny, uwłaczający ich czci i honoru. Że tego typu zachowanie nie jest dopuszczalne w kontaktach służbowych i oficjalnych i taka manifestacja wylewności jest tam obca kulturowo.Współczesne normy savoir-vivre, obowiązujące na przykład w Anglii, wzorce takiego zachowania przyjmowane są jako przekaz erotyczny i znak zaproszenia do baru-baru (używając semantyki Berlusconiego). W naszym polskim wydaniu ręce kobiet obcałowywują panowie słabi, o niskim potencjale erotycznym. Ich przekaz obcałowywanej partnerce łatwo jest rozszyfrować:”Chciałbym Panią posiąść, ale moje możliwości są mizerne. Musi się pani zadowolić tylko moim ucałowaniem jej ręki”. Kiedy więc widzę w tv premiera Donalda Tuska, który na powitanie podaje rękę w szczerym uścisku, oczekuję z lękiem, czy nie będzie naśladował Kaczyńskiego i czy nie okaże się impotentem, zdolnym jedynie na pocałowanie kobiecej dłoni. Z ulgą postrzegam, że jednak zachował się jak prawdziwy Europejczyk i myślę sobie:”Tusk jesteś w porządku, jesteś silnym facetem i nie musisz pozyskiwać przychylności kobiet poprzez pocałunki ich policzków i dłoni”. Ale twój Prezydent jest już z innej gliny. Rozpływa się na widok kobiet i całując im ręce, wygląda jak nastroszony kogut,jakby chciał publicznie, gdyby to było możliwe, nie tylko wycałować je, ale jak za czasów pierwotnych dotrzeć do kwintesencji ich kobiecego ciała. Chciałbym tym zwiastunem antyerotycznym w powitaniach z kobietami zapoczątkować w Polsce ruch, albo partię polityczną pod wezwaniem „Precz z całowaniem przy powitaniach!”. Pragnąłbym również, by głos mój dotarł do tych gamoniów z rządu i wszystkich oficjeli z Warszawki i sprawujących władzę w terenie, a przede wszystkim do znacznej części opóźnieńców kulturowych, którzy trafią za miesiąc jako wybrańce narodu do sejmu, by się w przyszłości takich wzorców przy powitaniu wystrzygali. Niech ilustracją tego złego obyczaju posłuży berliński mural (graffiti), na którym utrwalono całujących się w usta przy powitaniu przywódców partyjnych ZSRR i NRD Breżniewa i Honeckera. W Niemczech powstało stowarzyszenie, zwalczające takiego typu zachowania jako obce Europejczykom kulturowo. Pora więc i na nas, by ich apel o poniechaniu pocałunków przy powitaniu przyjąć jako własny i wprowadzić w przyszłości konstytucyjny zapis o zakazie całowania w policzki i ręce przy powitaniu. Przewodniczący niemieckiego stowarzyszenia pan Klein zaleca przestrzeganie „strefy społecznego dystansu – odległości 60 cm. od rozmówcy” i doradza by przy powitaniu ograniczyć się do „tradycyjnego uścisku dłoni”. Jan St.Trzos de Sagorza ma nadzieję, że jego poglądy na poruszony temat nie są odosobnione i głęboko wierzy, że problem jest wart dyskusji. Prosi więc o wyrażenie własnego zdania czytelników Trzosa Opolskiego w komentarzach. Czołem. Opole, 31 VIII 2011 r.

źródło:http://www.pdr.pl/20656/caluje_raczki

Możliwość komentowania Tusk… – nie całuj ! Jan St.Trzos de Sagorza. została wyłączona

Filed under kultura

Chevalier Adolf. Klęska Kolekcjonera.

 Niezwykła sprawa. Mogłem stać się właścicielem obrazu jednego z najwspanialszych śląskich przedstawicieli szkoły barbizońskiej Adolfa Chevaliera (1831-1905). Malarz całkowicie zapomniany, prawdopodobnie nieznajdujący się w żadnym ze śląskich muzeów i pozbawiony zainteresowania tych nadętych i zadufanych w swoją wiedzę i umiejętności kustoszy i dyrektorów muzeów. Cenionego natomiast wysoce pośród kolekcjonerów zachodnich i niemieckich historyków malarstwa. Określenie „barbizończyk” jest moją własną kwalifikacją techniki malarskiej mistrza, ale pragnąłbym podkreślić całkowicie nowy sposób kreowania uroków przyrody, nie spotykany w tamtych latach (II połowa XIX wieku) na Śląsku, na przykład w malarstwie Adolfa Dresslera i jego uczniów. Szkoła Dresslera, to tradycyjna, akademicka prezentacja pejzażu idealizowanego. Szkoła Barbizońska, nazwa której wzięła się od francuskiej wsi Barbizon, zrywa z tradycją wymyślania pejzażu idealizowanego, wizja którego powstaje w głowach artystów w ich pracowniach. Barbizończycy jako pierwsi wyszli w plener i zajęli się bezpośrednim studiowaniem natury. Zrobili to rosyjscy „pieriedwiżnicy” i nasz rodzimy J.Szermentowski. Tak też postąpił jako jeden z pierwszych urodzonych na Śląsku Adolf Chevalier. W tym właśnie, nowym podejściu malarza do prezentacji pejzażu jest wielka zasługa tego niezwykłego i całkowicie zapomnianego, ignorowanego przez przybyłych po wojnie na Śląsk rozmaitych znawców malarstwa i historyków sztuki nie z tej ziemi. ( c.d.n.) P.S. Zainteresowanych tematem zapraszam do zapoznania się z kolejnymi odcinkami „Klęski Kolekcjonera”. Serwus. Pozdrawia z Opola dnia 8 sierpnia 2011 Jan St.Trzos de Sagorza .
Pejzaż Adolfa Chevaliera z 1868 roku ( źródło)

Możliwość komentowania Chevalier Adolf. Klęska Kolekcjonera. została wyłączona

Filed under kultura, malarstwo

Wierniejszy od psa

Kiedy zabawy ruchowe zmęczyły nas porządnie i zziajani usiedliśmy przy studni, nastąpiła raptowna i nieoczekiwana przez nas cisza. W ten czerwcowy ciepły, bezchmurny wieczór nawet psy zamilkły i nie wiadomo dlaczego zaczęliśmy rozmawiać szeptem. Zrobiło się strasznie i tajemniczo. Z pobliskiego sadu pani Wizerkaniukowej zaczęły docierać podejrzane szmery i szelesty.

link

„Dobrze, że jesteśmy daleko od jeziora”,- powiedziała Sonia Kądzielówna i zrobiło się jeszcze ciszej. „Czemu dobrze?”- odważył się zapytać Kazik Słoniewski, który ze wszystkich nas należał do najodważniejszych i duchów się nie bał. „Bo w taką noc z jeziora wychodzą Rusałki i porywają młodych chłopaków, ot czemu!”-odparowała podekscytowana Sońka. A ja, wystraszony i z wybałuszonymi oczami zapytałem cicho:”A po co im te chłopaki?”. „Jak to po co? Żeby ich potopić w wodzie”. „E, tam! Chyba chciałyby z nimi się pokochać,- rezolutnie odparował Bogdan Kądziela. „No tak, one lubią się w takie ciepłe i jasne noce kochać się z chłopcami, ale na Świętego Jana po kochaniu swoich ulubieńców topią w wodzie”- odparowała rezolutnie Frankiewiczówna. W ogrodzie za sadem przed kilkunastu lat znaleziono młodego legionistę i nie wiadomo było, czy to był mord, czy Rusałki go utopiły i przetransportowały znad jeziora na Baginsbergu do dzielnicy bogaczy. „A czy te Rusałki topią dziewczyny?-zapytała nieśmiało Marysia Słoniewska i wszyscy skierowali swoje zatroskane spojrzenia na Sońkę.

W taką napiętą chwilę nagle pootwierały się okna z okolicznych zabudowań i rozległy się z nich nawoływania powrotów do domów. Podwórko opustoszało. Zostałem przy studni sam. Nie chciałem iść do domu. Nie byłem ani głodny, ani śpiący, ani zmęczony i jakaś tajemnicza siła jakby chciała mnie unieść do góry i zmusić do fruwania, przemieszczania się po ogrodzie i podwórku bez dotykania ziemi. Stan euforii i emocjonalnego pobudzenia rozsadzał mnie od wewnątrz. Zrozumiałem, ze ta energia dociera do mnie zewnątrz, że ktoś mnie obserwuje i w tajemniczy sposób przekazuje duży jak na moje potrzeby ładunek zbytecznej, nie mającej ujścia energii. Strach mnie obleciał – rozejrzałem się dookoła. Wokół tajemnica nocy jasnej , przenajjaśniejszej ze wszystkich dotychczasowych nocy i tylko jego okrągła tajemnicza i chłodna twarz wpatrywała się we mnie ze szczególnym, jak wówczas wydawało mi się, zainteresowaniem.

Wtedy dopiero go dostrzegłem – księżyc w pełni! Przyglądał mnie się z wielkim zainteresowaniem i nie mogłem pojąć, czy spojrzenie jego, przenikliwe i uważne zwiastuje szczeniakowi pomyślność i opiekę na nadchodzące lata, czy nakazuje, bym w przyszłości tej bliższej i dalszej uważał na swoje czyny i postępki.To był pierwszy w moim krótkim ziemskim bytowaniu moment uświadomienia sobie nie istoty swojego istnienia, ale potwierdzenia, że jednak jestem, że istnieję i to świadomie. I że ten byt ktoś uważnie obserwuje i że jego nadzór trwać będzie wiecznie, jak trwa nad tymi sprzed wieków, co odeszli. Z tego somnambulicznego letargu wytrąciła mnie Alicja księżniczka Werhanowska, wnuczka byłego posłańca do wiedeńskiego parlamentu. „Przyjrzałeś mu się dobrze?- zagadnęla, kierując wzrok na księżyc. „Popatrz dobrze, a zauważysz na księżycu dwie postacie. To Kain i Abel”. Alutka była panną bardzo mądrą. Kończyła żeńskie gimnazjum na placu Karpińskiego i wszyscy wokół podziwiali jej urodę i inteligencję, zwłaszcza mój ojciec, któremu tamta odwzajemniała ciepłe i nostalgiczne spojrzenia. „Nie potrzebowała moich odpowiedzi. Ciągnęła dalej: „Ta główna postać z uniesionymi do góra widłami na księżycu, to Kain, syn pierwotny Adama. On zabił swojego brata Abla. Zabił go widłami, bo się pokłócili o to, kogo ich ojciec kocha bardziej. Teraz, za karę pokutuje zesłany przez Pana Boga na księżyc, w tej postaci – trzymając zabitego Abla na widłach. Właśnie w tej męczącej go bardzo pozie: z rękami uniesionymi do góry, na których wisi ciało zamordowanego brata”. „Widzisz ich? … zrozumiałeś?”, odwróciła się na pięcie i odchodząc zdążyła jeszcze zapytać mnie, czy jest w domu moja siostra Bronka, która doradzała młodej księżniczce w sprawach kroju i szycia. Zostałem sam.

Nie mogłem sobie poradzić z nadmiarem wrażeń, które dopadły mnie tego pięknego czerwcowego wieczoru, przy pełnym blasku pięknego i wiecznego ziemskiego współtowarzysza, który właśnie wtedy w ten bajeczny wieczór pełen niespodzianek, wybrał mnie sobie na swojego „proteże” i już tyle dziesięcioleci wiernie trwa przy mnie. Jest wierniejszy niczym przysłowiowy pies. Zawsze, kiedy tylko niebo jest bezchmurne, odnajduje mnie i śle powitalne „jestem, pamiętam o tobie, nie bój nic, wszystko będzie dobrze!”. I ja mu ufam. Posyłam wdzięczne wzajemne pozdrowienia i wiem, że to on, tylko i wyłącznie on, zachowa do końca świata pamięć o naszych spotkaniach.

Pozdrawia Was, lirycznie dziś usposobiony, Jan St.Trzos de Sagorza. Czołem. Opole, Wigilia Wielkiej Nocy, 23 IV 2011 roku.

Możliwość komentowania Wierniejszy od psa została wyłączona

Filed under kultura, legenda, S.O.S.

Wyprawa do Zagwiździa


źródło: wikipedia

Zagwiździe – miejscowość urocza, ale nazwa fatalna. Właściwie prześmiewisko. Dziwie się mieszkańcom, którzy przed wojną mieszkali w miejscowości, noszącej imię króla pruskiego Fryderyka Wielkiego – Friedrichsthal, teraz muszą godzić się z obraźliwą nazwą, która w mowie potocznej oznacza zapyziałe zapomniane przez Boga i ludzi uroczysko, gdzie diabeł dobranoc mówi. Zagwiździe, to miejscowość daleka od ludzi, zapóźniona w rozwoju i gardzona przez sąsiadów i przejezdnych. A przecież tak nie jest. To piękna i urokliwa okolica z zapobiegliwymi i gospodarnymi mieszkańcami. Nazwę miejscowości zapewne zmieniono im bez ich udziału i zgody tuż po wojnie, kiedy prześladowani i wystraszeni nową władzą siedzieli cicho ukryci w swoich domach, by ich upokorzyć ze względu na to, że do wojny nosiła wieś imię pruskiego króla. Prawdopodobnie udział w zmianie miejscowości miał nasz opolski uczony prof. St. Rospond z WSP, który z urzędu nadzorował po wojnie i zatwierdzał nowe polskie nazwy miejscowości na tzw. Ziemiach Zachodnich i Pomorzu. Historycznie rozpatrując los miejscowości i jej mieszkańców, można bez ryzyka popełnienia błędu zaryzykować twierdzenie, że to właśnie jemu, pruskiemu imperatorowi okolica ta zawdzięcza swój kulturowy i materialny awans. Jakim dobrobytem była podjęta przez Fryderyka Wielkiego decyzja o lokacji na jej terenie w roku 1776 huty. To dzięki uprzemysłowieniu tych okolic tutejsza ludność znalazła się w sytuacji, gdzie jej mieszkańcy nie musieli wędrować i wyjeżdżać za pracą hen daleko, do odległych ośrodków przemysłowych lub w głąb Niemiec, ale to do nich do roboty zjeżdżali poszukujący pracy. I tę pracę mieli i godziwe zarobki też i w Zagwiździu i w Murowie. Śląsk właśnie z inicjatywy Fryderyka Wielkiego stawał się regionem najbardziej uprzemysłowionym i zasobnym i szczęśliwym, bo ludzie mieli pracę. Mieli więc prawo odwdzięczyć się swojemu dobroczyńcowi, nadając jego imię swojej wsi (osadzie przemysłowej). Obecni opowiadacze dziejów miejscowości z pogardą podkreślają, że decyzja budowy zakładów przemysłowych w tych opolskich okolicach podjęta została z powodów militarnych, bo król odlewał w Zagwiździu lufy armatnie i kule. Co za demagogia, która po dziś usiłuje obarczyć króla pruskiego odpowiedzialnością za rozbiory i niedolę Polaków i usprawiedliwić szkaradną nazwę miejscowości. Ja, Wam, drodzy mieszkańcy Zagwiździa, radzę powołać komitet obywatelski na rzecz przywrócenia starej nazwy miejscowości, tak jak macie obecnie prawo do podawania swoich imion i nazwisk w pisowni przedwojennej. Wystąpcie do Prezydenta RP z petycją o przywrócenie miejscowości nazwę Frydrychów, bo istniejąca obecnie narusza Waszą godność osobistą i niszczy tradycję. Słów kilka o ogrodzie przyrodniczym, znajdującym się obok odlewni. Zjawiskowa sprawa. Tak pięknie zorganizowanego i urządzonego ogrodu botanicznego, znajdującego się w centrum wsi, nigdy, ale to nigdy nie widziałem i nie podziwiałem. Wszyscy z wyprawy krajoznawczej Tadeusza Jacka Rogoży byli poruszeni i zachwyceni tym uroczym i tajemniczym zjawiskiem. Aliści na drugi dzień spotkała mnie wielka przykrość, kiedy udałem się do tego ogrodu, by zaprezentować go rodzinie syna i potrzymać dwumiesięczną wnuczkę na wydzielonym jeszcze w XVIII wieku czakramie. Otóż w ogrodzie botanicznym znajduje się okolony bukowymi drzewami krąg zdobny marmurowy, jedyny w Opolskiem, zwany czakramem, który w filozofii hindusów, gromadzi wielką pozytywną energię pochodzącą z kosmosu. Zatrzymanie się na kilka, kilkanaście minut w jego centrum przynosi zbawienne skutki dla zdrowia i pomyślności poddającemu się działaniu czakrama. To szczególne i osobliwe miejsce czyni ludzi mądrymi, szczęśliwymi i pełnymi pozytywnej energii na długie lata, zapewniając w dodatku dobre zdrowie i szczęśliwy żywot po wsze czasy. Miejsce to bardzo często odwiedzał w czasie swoich podróży na Śląsk Fryderyk Wielki i w tym miejscu w wieku XVIII widywano go, jak godzinami przesiadywał tam, czerpiąc energię i rozmyślając, jak polepszyć dolę ciężką swojemu ludowi. Chcieliśmy więc i my z tego niezwykłego miejsca skorzystać i naładować pozytywną energia swoje ciała i umysły, by czynności te ułatwiły nam kontakty z otoczeniem, sąsiadami i obcymi i pozwoliły na zawsze emanować dobrocią i życzliwością. Tymczasem w cudownym ogrodzie pojawiły się jakieś dwie tajemnicze panie i zaczęły nas poszturchiwać, że niby jest to teren prywatny, że obcy szczuci są psem, o czym informuje tablica i wstęp jest dozwolony tylko za wiedzą wszechwładnego plebana, który autokratycznie terenem tym zawiaduje. No i co państwo sądzicie? Nadprzyrodzone właściwości, które z takim poświęceniem uzbieraliśmy koncentrując się pod bukami, diabli wzięli w jedną chwilę. Zaraz zaczęły się u mnie kotłować myśli, jakim prawem pleban uzurpuje sobie prawo do tego miejsca. Jego okazała plebania znajduje się obok i jest od ogrodu botanicznego odgrodzona płotem. Czy teren ten jest własnością gminy, czy kościelny? Jeśli należy do kościoła, to czy posiada wpis w księgach wieczystych, że ogród stanowi własność plebanii.
A jeśli nawet tak, to jakim prawem proboszcz zamyka w niedzielę i w dni powszednie wstęp do ogrodu, do którego nawet w najcięższych chwilach rządów obustronnych totalitarnych wstęp był wolny. Czy jesteśmy świadkami nowego totalitaryzmu na własne życzenie z wszechwładnej plenipotencji ojca Rydzyka. Wróciłem z prywatnej wycieczki rodzinnej, uzupełniającej Jackową wyprawę do Zagwiździa, obolały i zdezorientowany. To dobro gminne nie ma być z wielkim pożytkiem wykorzystane dla okolicznych mieszkańców i co raz liczniej nawiedzających tamte okolice turystów. Czy ma stanowić azyl nielicznym wybrańcom losu i ich kamaryli. Jak mam się zachować w danej sytuacji? Czy machnąć ręką i odpuścić, czy zabrać głos i krzyczeć: „Oto znowu dzieje się na Śląsku nieprawość, szaleje prywata i nikt się temu nie sprzeciwia!”. Zakłady przemysłowe, które miejscowym mieszkańcom wybudował dobry Fryc, nowe przemiany polskie polikwidowały na amen. Perspektywy beznadziei i bezrobocie kaleczą tę ziemię i każą jej rdzennym mieszkańcom emigrować stąd, czego nie czynili nawet przed wojną, bo pracę mieli u siebie. Pozbawia sie ich nawet nadziei z czerpania przekazów sił nadprzyrodzonych z czakrama do przetrwania czasów ciężkich. A mnie i mojej rodzinie wskazuje się palcem, gdzie jest moje miejsce. Nie mogę sobie z tymi problemami poradzić, więc Was pytam, czy będzie na naszej ulicy kiedyś święto.
Jan St.Trzos de Sagorza

14 Komentarzy

Filed under architektura, historia, kultura, legenda, przyroda

Kossakowie. Jan St. Trzos de Sagorza

Kossakowie – fenomenalna polska rodzina, która w dziejach kultury narodowej nie zna odpowiednika posiadającego tak ogromnego dorobku w malarstwie i sztuce słowa. Prawdopodobnie również w świecie trudno byłoby znaleźć przykład, w którym członkowie jednego klanu rodzinnego wnieśli do ogólnonarodowej spuścizny w obszarze dóbr kultury duchowej i materialnej tak ogromny i ważny wkład.

W świadomości powszechnej funkcjonuje w Polsce przekonanie, ze Kossakowie to przede wszystkim malarze koni, bez potrzeby odróżniania czyj koń jest którego Kossaka i ilu tych nadzwyczajnie utalentowanych malarzy istniało. Wiedza ta o Kossakach ogranicza się przeważnie do stwierdzenia ,że był Juliusz i był Wojciech i jeszcze Jerzy i że oni malowali podobnie, do tego stopnia, że profanom często trudno jest odróżnić który jest który. Na pewno trudno jest również określić zbierającym ” kossaki”, jak w hierarchii cen antykwarycznych układa się relacja wartości poszczególnych obrazów w zależności od występującego przed nazwiskiem Kossak imienia autora.

Trudno niewtajemniczonym określić też jaka różnica w technice malarskiej występuje wśród nich. Otóż najstarszy z rodu, protoplasta znakomitych twórców Juliusz Kossak specjalizował się przede wszystkim w technice akwareli. Jego pierwsze nieudolne poczynania artystyczne poczęły się właśnie od niewinnych młodzieńczych rysunków koni na stadninie znakomitego kresowego magnata, mecenata sztuki i kolekcjonera narodowych pamiątek historycznych Juliusza Dzieduszyckiego. To on – wielki polski patriota pierwszy dostrzegł niezwykły samorodny talent młodzieńca i uczynił dużo dla promocji i wsparcia materialnego Juliusza, zakładając pozytywistycznie, że dosyć jest w Polsce spiskowania i ciągłego biedolenia nad losem utraconej państwowości. Ze trzeba wziąć się do roboty, tworzyć dobra materialne, podnosić stan świadomości kulturalnej i wspierać młode obiecujące talenty, które tworzyły by w przyszłości bazę pod niepodległe państwo.

Sztuka i dorobek miały stanowić wartość znacznie bardziej doniosłą niż puste patriotyczne czyny i gesty rejtanowskie. Juliusz Kossak pragnie swoje niezwykłe zamiłowanie do obranej techniki malarskiej – akwareli pogłębić, przekroczyć granicę dzielącą malarza samouka od profesjonalisty i dlatego obiera naukę w Paryżu u znakomitego francuskiego akwarelisty Horacego Verneta. Wybór miejsca i mistrza za sprawą doskonałych polskich doradców okazał się być trafieniem w dziesiątkę. Vernet (1789-1863) był wówczas wespół z niemieckim malarzem koni Albrechtem Adamem (1786-1862) malarzem największym w świecie specjalizującym się w scenach batalistycznych, na których postacią najważniejszą jest koń. W swoich zbiorach posiadam olejny obraz Albrechta Adama z Monachium (portret konia z amazonką), jak również scenę końską dziewiętnastowieczną „Śmierć ks.Józefa Poniatowskiego w Elsterze”, która jak sądzę jest repliką albo kopią jedynego dzieła H.Verneta o tematyce polskiej o naszym księciu. Obraz ten namalowany przez francuskiego mistrza, był często kopiowany przez licznych polskich malarzy koni. Kilka takich obrazów sygnowane są nazwiskiem Januarego Suchodolskiego, Juliusza Kossaka, bądź są anonimowe. Temat ten popularny jest również w licznych odbitkach graficznych, jako prace autorów nieznanych. Taką właśnie reprintową odbitkę oglądaliśmy w muzeum Kraszewskiego w jego domu-muzeum w Dreznie. Byłem na tej wycieczce zniesmaczony, że w tak renomowanym muzeum wiszą takie bezwartościowe pamiątki.

W porywie uczuć patriotycznych zadeklarowałem wówczas, że posiadam oryginalną dziewiętnastowieczną wersję niesygnowaną tego obrazu i że mógłbym go ofiarować w darze drezdeńskiemu muzeum Kraszewskiego. Obietnicę tę wypowiedziałem trochę na wyrost i teraz czynu tego żałuję. Jak bowiem stać może ubogiego emerytowanego nauczyciela na takie szlachetne gesty. Teraz mam problem jak z tej zagmatwanej sytuacji wyjść z twarzą. Chyba pójdę do spowiedzi i poproszę zaprzyjaźnionego księdza o zwolnienie mnie z tej obietnicy. Po prostu, tak po ludzku, na taki gest mnie nie stać. Co mieliby pomyśleć moi dwaj synowie. Wariat jakiś, czy co?

Wróćmy jednak do Juliusza. Tam właśnie w Paryżu dokonał się ostateczny wybór przez niego techniki malarskiej. Na całe życie Juliusz Kossak pozostał wierny jej i w historii polskiego malarstwa uchodzi jako jedyny i największy polski akwarelista XIX wieku. Wprawdzie popełnił znaczną ilość obrazów malowanych olejem, ale w tej dziedzinie pierwszeństwa ustąpił swojemu synowi – genialnemu polskiemu bataliście klasy światowej Wojciechowi Kossakowi. c.d.n.

Na filmie:

ZE SKARBNICY POLSKIEJ SZTUKI, KULTURY I TRADYCJI NARODOWEJ. Malarstwo WOJCIECHa KOSSAKa, muzyka FRYDERYKa CHOPINa . Utwory Fryderyka Chopina na zabytkowym fortepianie Pleyela z Muzeum Podkarpackiego w Krośnie wykonuje prof. Lidia Kozubek.

( Moja rada: najpierw poczekaj, aż się film doładuje, potem oglądaj)

Możliwość komentowania Kossakowie. Jan St. Trzos de Sagorza została wyłączona

Filed under kultura, malarstwo, muzyka

Dramaturg Gorin w Opolu. Jan St.Trzos de Sagorza.

Znakomity rosyjski intelektualista, literat , dramatopisarz,pod koniec lat 80-tych zawitał na zaproszenie teatru im. Jana Kochanowskiego do Opola.

Przyjazd wybitnego współczesnego radzieckiego dramaturga łączył się z wystawianą na deskach opolskiej sceny jego sztuki pt. „Dom, który wybudował Jonathan Swift”.[łącze] Wtedy go poznałem. Po premierze w opolskim teatrze usiedliśmy na scenie teatralnej na spotkaniu z widzami przedstawienia. Ja w charakterze tłumacza. Grigorij pewny siebie, cieszący się już w ZSRR zasłużoną sławą znakomitego autora współczesnych sztuk scenicznych, ruszył w świat podbijać swoimi utworami inne kraje. Posiadał o Polsce wiedzę wielką i wyrażał do niej nie udawaną miłość i fascynację. Imponował mu polski zryw powojenny w pogoni za rozwojem gospodarczym i poziom materialny mieszkańców naszego kraju. Trochę przesadzał, bo ten nasz ówczesny dobrobyt był przaśny i bardzo odległy od powiedzmy dzisiejszego. Jednak imponował mu europejski sposób organizowania sobie rozmaitych form życia prywatnego i organizacji pracy. Podziwiał zwłaszcza nasze zadbane i czyste miasteczka i ich spokojnych i kulturalnych, jak się wyrażał, ludzi.

Na scenie, w czasie spotkania z widzami opowiadał o współczesnych osiągnięciach teatru radzieckiego i o swojej drodze do teatru, jako autora sztuk. Odpowiadał na pytania. Siedziałem obok niego i nie wiele się natrudziłem. Większość jego wypowiedzi była zrozumiana bez tłumaczenia i widzowie często prosili mnie, bym się zamknął, bo rozumieją go bez mojej pomocy. Spotkanie trwało dość długo, a zakres zainteresowań widzów rozległy. Opowiadał o swojej drodze do literatury i w sposób literacko ubarwiony własny życiorys.

W następnym dniu w Klubie Akademickim odbyło się spotkanie ze studentami. Sprawy omawiane były podobne do tych, w teatrze, jednak ze szczególnym uwzględnieniem problematyki współczesnej literatury rosyjskiej, zwłaszcza tej emigracyjnej i samoizdatowej. Profesor Kochman tonował zbyt dociekliwe i agresywne pytania, by Gorin nie poczuł się urażony i nie odniósł wrażenia, że jest w kraju niechętnym naszemu wschodniemu sąsiadowi. Gorin jednak zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z polsko-rosyjskich skomplikowanych układów politycznych i umiał z humorem i refleksem wyjść z zastawianych mu przez studentów sideł. Spotkanie zakończyło się jego zasłużonym sukcesem i na pożegnanie otrzymał od studentów i zebranych słuchaczy rzęsiste brawa.

Nazajutrz Grigorij Gorin opuścił gościnne Opole i na tym historia z radzieckim dramaturgiem skończyła by się, gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności. Otóż w kilka lat po tym spotkaniu przebywałem ze studentami 3-go roku filologii rosyjskiej na studiach semestralnych w Krasnodarze na Północnym Kaukazie. Rektor uniwersytetu zafundował polskim studentom bilety do teatru. Wybraliśmy się odświętnie ubrani na przedstawienie, nie wiedząc co będzie grane i kto jest autorem sztuki.

W teatralnym hallu opiekująca się nami z ramienia Uniwersytetu w Krasnodarze Ludmiła Nikołajewna, kandidat nauk w katedrze rosyjskiej literatury wręczyła nam po programie i wygłosiła krótką informacją o autorze sztuki i problematyce w niej poruszanej. Sztuka nosiła tytuł „Zapomnieć o Herostratesie”, a jej autorem był moskiewski dramaturg Grigorij Gorin. – A ja go znam, – wypaliłem odruchowo i bez namysłu, – my się znamy !. Ludmiła Nikołajewna zrobiła duże oczy, że niby skąd tan facet z dalekiego i małego miasteczka w Polsce może znać takiego znakomitego rosyjskiego dramaturga. Denerwowała ją już taka sytuacja, w której co raz , w rozmowie prywatnej z nią , potwierdzałem: ja to znam, widziałem na własne oczy, mam autograf Bondariewa, byłem statystą w radzieckim filmie kręconym w Mosfilmie, jestem razem na zdjęciu z aktorem Tichonowem, który grał Stirlitza w „17 mgnień wiosny”, że widziałem na żywca Breżniewa , Podgornego i Kosygina, że w gości do siebie zapraszał mnie w Moskwie inny znakomity rosyjski aktor Etusz, że to właśnie on obiecał mi zorganizować spotkanie ze znakomitą aktorką Eliną Bystricką, wykonawczynią głównej roli w filmie „Cichy Don” i t.p. i t.d. Widziałem jej podziw z powodu tych moich wyczynów, ale też prawdopodobnie przypuszczała , że ten bufon Polaczek blefuje, że przechwala się, że zmyśla, by jej i innym zaimponować swoimi rozległymi znajomościami i prywatnymi osiągnięciami niematerialnymi.

Patrząc mi głęboko w oczy, powiedziała podstępnie: – A on tu jest. Chcesz się z nim zobaczyć ? Teraz Cię tu mam, ty frajerze, pomyślała zapewne i dodała z satysfakcją: -Siedzi w gabinecie dyrektora teatru, chcesz się z nim spotkać ? Zmitygowałem się stropiony. Nie, takiego zaszczytu nie wymagam. Jestem skromnym gościem i tamte moje przechwałki nie wynikały z chęci imponowania, czy zadziwiana innych. Po prostu były moimi autentycznymi przeżyciami i stanowiły dla mnie pewną duchową wartość, z której wyśmiewa się moja żona. Moje zamieszanie spostrzeżone zostało jako przyłapanie in flagranti. Zrozumiałem też jaki sukces mogłaby odnieść Ludmiła Nikołajewna, doprowadzając do konfrontacji i całkowicie mnie na oczach moich studentów kompromitując. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, stałem więc przez dobrą chwile skonsternowany i wahający się, ale ona nie czekała. Widziałem, że już triumfuje, że wreszcie uda się jej poskromić zarozumiałego bęcwała i opowiedzieć rektorowi i innym pracownikom naukowym, jaki z tego Polaczka kłamca. Nie czekając na moją zgodę, udała się do gabinetu dyrektora i wnet wróciła, triumfalnie oznajmiając, że za chwilę wielki rosyjski dramaturg pojawi się obok, bo również jest ciekaw, kto z dalekiej Polski powołuje się na znajomość z nim. Stałem oczekując spotkanie z bijącym sercem, czerwony na twarzy i pełen obaw. A nuż mnie nie rozpozna, wszak minęło już kilka lat, a nasza znajomość trwała zaledwie kilka lat. Co w takim obrocie sprawy pocznę ? Jak się będę musiał zachować ? Moi studenci pękną ze śmiechu, jeśli konfrontacja zakończy się moją totalną klęską ?

Jan St.Trzos de Sagorza, znajomy rosyjskiego dramaturga Grigorija Gorina.

ciąg dalszy zapewne nastąpi

Mariusz Dmochowski, Mieczysław Kalenik 1975 r. Warszawa. Teatr Nowy - sztuka "Zapomnieć o Herostratesie", źródło: http://www.audiovis.nac.gov.pl/obraz/10369:1/

odcinek II. wstawiony 25 maja o godz 8.02.
W Krasnodarze w roku 1989 w gmachu teatru miejskiego znalazłem się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Przyznam się szczerze, że lubię prawdę i bardzo rzadko koloryzuję w swoich wypowiedziach. Ale często to, o czym mówię, jest postrzegane jako bajerowanie. Wspomniana w poprzednim odcinku pani kandydat nauk Ludmiła Nikołajewna, zrobiła dla moich studentów na zajęciach psychologiczny test na prawdomówność. Zaprosiła mnie do wzięcia udziału w ankiecie , by ustalić listę , kto z testowanych jest najbardziej prawdomówny. Ankietowanych razem ze mną było około 40 osób. Test wypełniałem z radością, będąc święcie przekonanym, że taki szczery i prawdomówny do bólu facet jak ja, bez problemu zajmie pierwsze, albo co najmniej jedno z czołowych miejsc. Przy ogłoszeniu wyników myślałem ,że spadnę z krzesła. Znalazłem się w ostatniej dziesiąte. Pamiętam jak odczytanym wynikiem byłem oszołomiony i z niedowierzaniem przecierałem oczy. W czasie moich studiów na Opolskiej WSP pani dr Szmitrowska na ćwiczeniach z psychologii przeprowadziła test na inteligencję. Na 60 ankietowanych zająłem siódme miejsce. Pobiłem wówczas znanego w środowisku opolskim na punkty Leo Kantora. Byłem więc pewny ,że w rywalizacji ze mną studenci nie sprostają konkurencji i zostanę niekwestionowanym liderem. Aliści stało się inaczej. To był cios okropny, który ostatecznie odebrał mi wiarę w siebie samego i który do tej pory cięży mi jak garb wielbłądowi. Pamiętam, jak w tamtej nad wyraz rozpaczliwej dla mnie sytuacji wspaniała Ludmiła Nikołajewna litowała się nade mną i usiłowała naukowo uzasadnić, że to nie jest żadna tragedia, a testy czasami dają zaskakujące wyniki. Teraz w obliczu czekającej mnie w hallu teatru konfrontacji z Grigorijem Gorinem, miał się dokonać kolejny punkt testowy i ostateczny sąd tej pięknej i okrutnej kobiety nad jej akademickim kolegą z Opola. Wszystkie znaki zewnętrzne na to wskazywały. Drzwi dyrektorskiego gabinetu się rozwarły. Nastąpiła absolutna cisza, nawet gwar niewtajemniczonych widzów wygasł całkowicie. Po krótkiej chwili w pustych drzwiach gabinetu dyrektorskiego ukazała się majestatyczna postać koryfeusza dramatu rosyjskiego współczesnego, nad głową którego migająco pobłyskiwał złocisty nimb geniusza, a dookoła postaci fruwały małe wesołe srebrzyste pegaziki. Byłem bliski omdlenia. Grigorij Izrailewicz omiotł wpatrzonych w niego polskich studentów z ich opiekunami i tłumy gapiów teatralnych, które jak ćmy do światła zbiegły się by podziwiać wielkiego rosyjskiego klasyka, chłodnym ,obojętnym spojrzeniem. Miarowym, dysdyngowanym krokiem podszedł, a właściwie unosząc się nad marmurową posadzką przyfrunął do oczekujących go gapiów i ponownie wnikliwym wzrokiem ogarnął zebranych. I już wiedziałem ,że jestem trupem. Dwa razy jego wzrok ześliznął się po mnie, wprawdzie były to krótkie ułamkowe spojrzenia, ale jednak. Na studenta przecież, ze względu na swój wiek, nie wyglądałem, więc mógł tę różnicę dostrzec od razu, ale nie zrobił tego. Nie rozpoznał. Nie poznał mnie. W poprzednim odcinku przez pomyłkę napisałem, że nasza znajomość trwała kilka lat. Nie kilka lat, a kilka dni. Dokładnie dwa dni. Tak miało stać napisane. Jednak nie na co dzień przeciętny zjadacz chleba ma sposobność obcować z wielkimi ludźmi. Każda taka okazja wyrasta w wyobraźni delikwenta do wydarzenia rozmiarów znaczących i niezapomnianych. Takim wydarzeniem w moim prywatnym życiu miała się okazać osobista znajomość z wielkim rosyjskim współczesnym dramaturgiem Grigorijem Izrailewiczem Gorinem, na którego triumfalnej literackiej drodze po laurowy wieniec przez niewielką chwilę pojawić się miał mizerny, znany zaledwie członkom klubu Poznaj Swój Kraj Jan St.Trzos de Sagorza. „- Nu zdrawstwujtie, dorogije polskije studenty. Byłem kiedyś w Opoli i spotykałem się ze studentami waszego uniwersytetu. A gdzie jest wasz kierownik ?”- to były pierwsze słowa, jakie na powitanie z polską grupą wypowiedział wielki mistrz. Małgorzatą miała być Ludmiła Nikołajewna. Mistrz i Małgorzata. Mnie przypadła rola chudego literata. „-A oto on ! Stoi tu, za nami. Nie poznaje go Pan ? Przecież się znacie ?! „- wesoło i sadystyczną satysfakcją wskazali mnie moi rozbawieni studenci. Przesunąłem się z tylnych szeregów do przodu. Stanąłem oko w oko z moim starym znajomym sprzed kilku lat, wielkim współczesnym odpowiednikiem znakomitego rosyjskiego klasyka sceny światowej Antoniego Czechowa. c.d.n. Jan St.Trzos de Sagorza.

Część trzecia, doklejona 27 maja o godz 22.27
Ciekaw jestem zdania moich czytelników Gorina w Opolu, jak według nich to spotkanie De Sagorzy z rosyjskim dramaturgiem skończyło się. Zastanawiam się, czy nie zostawić końcówkę tej historii do napisania tym, którzy śledzili moją krasnodarską przygodę od początku i mogliby teraz na mnie wypróbować swoich pisarskich predyspozycji. Co o tym sądzicie ? To oczywiście przeciągnęło by moją mało atrakcyjną opowieść o znajomości z Grigorijem Izrailewiczem i się lękam ,by nie zanudzić zainteresowanych. Jeden z moich zaglądających na strony Trzosa Opolskiego, podpisany ksywą Niecierpek, zdążył już mnie przestrzec, że nie potrzebnie sprawę wikłam i on nie ma ochoty swego cennego czasu marnować na czytanie tego dłużącego się ponad miarę tekstu. Jestem jednak mu za tę uwagę wdzięczny, bo wysyła mi przez nią sygnał, że go jednak coś w moim pisaniu zainteresowuje i że oczekuje innych lepszych tekstów. Odpisz mi, drogi Niecierpeku, czy mam rację i zdradź, z jakich okolic pochodzisz, bo intuicja podpowiada mi ,że nie jesteś z Opolskiego. Dlatego więc końcówkę opowieści pozostawiam innym, na przykład Grażynie, czy Niecierpekowi, a sam zajmę się promocją postaci wielkiego literata. Grigorij Izrailewicz Gorin urodził się w roku 1940 w Moskwie i z wykształcenia był, podobnie jak przywołany już tu Antoni Czechow lekarzem. Powołaniem młodego lekarza okazała się jednak literatura i swoje pierwsze utwory satyryczne i humorystyczne zaczął publikować już w latach 60-tych, w wieku 20 lat. Zostął postrzeżony przez redaktorów jako dobrze zapowiadający się humorysta i wnet powierzono mu dział redakcyjny humoru w miesięczniku dobrze w Polsce znanym przez interesujących się rosyjską literaturą pt. Junost. Jednym z redaktorów tego przodującego w drukowaniu tekstów wyłamujących się spod partyjnej kontroli i cenzury był Borys Polewoj, autor „Opowieści o prawdziwym człowieku”. Czytelnik i ten radziecki i polscy literaci, znudzeni socrealistycznym kitem, łaknęli nowych treści i nowych form wypowiedzi. Nadchodziły z wielkim mozołem czasy w literaturze Sołżenicyna, Brodzkiego, Bondariewa, Bakłanowa i innych młodych gniewnych, którym tacy jak Polewoj, narażając się władzy udostępniali łamy modnego wówczas bardzo czasopisma. Swoje pierwsze teksty humorystyczne Gorin podpisuje pseudonimem Gałka Gałkina, lecz nazwisko pod którym wszedł na stałe do klasyki literatury rosyjskiej również jest pseudonimem. Prawdziwe nazwisko Gorina to Grigorij Izrailewicz Ofstein i wszystko wskazuje, że wywodzi się z tego samego szczepu, co Chrystus. Po ojcu jest Izrailewicz. Myślę, że zmiana nazwiska, którą zasugerowali mu rosyjscy wydawcy przyczyniła się bardzo do wzrostu zainteresowania jego twórczością i zdobycia sławy, gdyż jak sądzę Rosjanie są jeszcze bardziej antysemicko usposobieni niż nasi rodacy. Nie będę analizował jego literackie spuścizny, bo byście dopiero odwrócili ode mnie, bo nudzę, ale wspomnę, że w przypadku Gorina, który zapowiadał swoim przyjaciołom swój długi i szczęśliwy żywot, bo jego ojciec po trzech zawałach dożył 94 lat, zapowiedź ta się nie sprawdziła. Przysłowie powiada, że jeśli chcesz rozbawić Pana Boga, to powiedz mu o swoich planach. Znakomity współczesny rosyjski dramatopisarz, z którym wasz znajomy Jan St.Trzos de Sagorza miał okazję zaprzyjaźnić się i rozmawiać o literaturze nie tylko rosyjskiej i stawiać mu swoje krytyczne uwagi, zmarł śmiercią nagłą w roku 2000. Na fali antyrosyjskich wystąpień elit politycznych polskich i części nacjonalistycznie ustawionych naukowców i redaktorów, jego imię i twórczość pomijana jest w Polsce milczeniem. Nawet w najnowszych wydaniach encyklopedycznych z roku 2010, takich jak Oxfordzka Wielka Encyklopedia, czy Encyklopedia Powszechna PWN, czy Encyklopedia Polska PWN hasła Gorin nie znajdziecie. Stąd moja zagubiona i nadaremna próba, podjęta w dialogu z wami, moi drodzy czytelnicy, jest pomyślana jako utrwalenie pamięci o wielkim współczesnym rosyjskim pisarzu, o którym w Rosji mówi się i pisze i wystawia bardzo dużo, a który miasto nasze odwiedził i ślad swój w nim pozostawił.
Pozdrowienia wszystkim i tym nudzącym się moim pisaniem i tym obojętnym, ale ciekawskim i tym co czas chcą marnować na czytanie moich tekstów, przekazuje
Jan St.Trzos de Sagorza

Grigorij Gorin osobiście dla Państwa „Panie, panowie…”

3 Komentarze

Filed under kultura, Sztuka, teatr