Tag Archives: Kochman

Kochman. Jan St.Trzos de Sagorza.

Był człowiekiem świętym za życia. Świeckim świętym. Doznał od losu nieprzychylnego mu od urodzenia wiele ciężkich niezabliźniających się ciosów i upokorzeń. Takie ekstremalne i ciężkie przeżycia od pierwszych niemalże chwil urodzenia po wiek dojrzały, czynią z przeciętnego człowieka frustrata i mizantropa. Wielu z nas, których dopadł w dzieciństwie los krzywdzący, którzy dźwigali swój krzyż pański, po ciężkich traumatycznych doświadczeniach nie potrafili się podnieść ponad swoją krzywdę. Stawali się ludźmi zgorzkniałymi, nieufnymi wobec świata i otoczenia. Albo jeszcze gorzej, płacili innym w odwecie za doznane krzywdy z przeszłości tą samą monetą goryczy, czynili podłości.
Z profesorem Stanisławem Kochmanem los postąpił inaczej- uczynił go ponad miarę człowiekiem szlachetnym i uczciwym. Ten, kto go nie znał, nie da wiary tym zapewnieniom. Inni, co go poznali, którzy z nim współpracowali, bądź byli jego podwładnymi albo studentami, otwierali szeroko oczy ze zdumienia, że istnieje taki fajny facet, który bezinteresownie czyni tylko dobro i wyłącznie dobro wszędzie wokół siebie i ludzi mu obcych. Nie będę wspominał tu jego nieszczęśliwego sponiewieranego dzieciństwa, a właściwie brak tego dzieciństwa, które przypadło mu w udziale na okres ostatniej wojny i tułaczki po domach dziecka. Życie dorosłe też nie było usłane dywanami, zwłaszcza ognisko domowe i pożycie małżeńskie, w którym jego partnerka życiowa nie będąc zdolną do stworzenia szczęśliwego domowego ogniska, do stworzenia człowiekowi nieprzeciętnemu minimum warunków do godziwego i spokojnego bytowania.
Można bez obawy narażenia światłej pamięci zmarłego profesora,stwierdzić, że los nieprzychylny, kiedy osiągnął był już wysokie stanowiska uniwersyteckie i administracyjne i naukowe, nie chce go nadal opuścić. Nie wielu jego dobrych znajomych i współpracowników miało zaszczyt być zaproszonym w gości do profesora. A ci, co doznali tego zaszczytu, byli świadkami w jak wysokim stopniu i jak daleko posuwała się jego poślubiona, by poniżyć go w oczach zaproszonego i jak konsekwentnie i złośliwie zatruwała mu życie prywatne.
Jednak, obserwując spokój i opanowanie gospodarza w czasie zatruwania życia swojemu mężowi przez domową sekutnicę, z podziwem można było obserwować, jak tego typu sceny małżeńskie stawały się dla profesora lekcjami dodatkowymi w pokorze i cierpliwości. Onegdaj gościłem w domu jednego z zacniejszych emerytowanych pracowników uniwersytetu. Jego opinia ,człowieka podobnego z usposobienia do profesora Kochmana, była następująca:”Cały czas mojej tam obecności, bez przerwy, obrażała męża i kierowała pod jego adresem inwektywy ! Postanowiłem już w domu tym wizyt nie składać.” Sądzę, że postawa Profesora w takich chwilach przypominała biblijnego Hioba, który w chwilach wielkiego cierpienia doznanego w życiu i bólu w pożyciu małżeńskim prezentuje postawę spokoju i pogodzenia się z losem. Profesor nie prezentuje swoich racji, nie próbuje się usprawiedliwiać, a tym bardziej oskarżać innych. Z godnością i pokorą poddaje się boskim wyrokom i dobrze na tym wychodzi. Na pewno, gdyby żył i przeczytałby te moje sądy niepotrzebne, nie podałby mi ręki, pogniewany o ingerowanie w jego prywatne sprawy. Broniłby swojej ślubnej jak tigr. Dlatego nie wiem, czy mam prawo głosić takie z nikim nie uzgodnione opinie, które w mniemaniu niektórych mogą naruszać dobre imię profesora. Ale jest to moja prywatna opinia,ogłoszona na portalu Trzos Opolski, której zasięg jest bardzo ograniczony.
Ale też nie jestem taki pewny, czy mój były dyrektor instytutu za przykre słowa tej prawdy ujawnionej , nie spojrzy na mnie z wysokości z wyrozumieniem i wdzięcznością, że ktoś obcy dyskretnie obserwował drogę życiową profesora i umiał dostrzec i ocenić jego cierpiętniczą stronę. Kilka słów też chciałbym poświęcić nagłemu odejściu Profesora Stanisława Kochmana. Otóż profesor był homo-faberem. Całe życie ciężko pracował i nie umiał powiedzieć sobie „dość”. Po przejściu na emeryturę mógł wreszcie odpocząć. Mógł poświęcić się swoim ulubionym formom odpoczynku – pływaniu i siatkówce. Ale nie chciał ,nie umiał siedzieć bezczynnie. Był zapewne przekonany, że wiedza ta wielka filologiczna i językoznawcza, którą zgromadził w swoim umyśle nie może się tak nieproduktywnie zmarnować. Więc usiłował, gdzie się to tylko dało, ją upowszechniać. Stąd jego wykłady, publikacje i seminaria po różnych akademickich uczelniach i zakładach naukowych w kraju i zagranicą. Nie robił tego dla pieniędzy, był człowiekiem materialnie spełnionym i skromnym. Twierdził w rozmowie prywatnej ze mną, że nieszczęśliwi są ci, którzy mają zbyt wielkie wymagania od życia. A gdy tym wymaganiom los nie jest w stanie sprostać, czują się nieszczęśliwi.

Odszedł spełniony i zapewne w przekonaniu, że drogą szedł właściwą.
Jan St. Trzos de Sagorza.

Reklamy

4 Komentarze

Filed under Uncategorized